
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część szesnasta
Radio
Coco i Rico przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
RICO: Wiesz co, Coco?
COCO: Co, Rico?
RICO: Korci mnie, żeby trochę poszperać w naszej budzie.
COCO: Poszperaj.
RICO: Zgadzasz się? I nie będziesz zła, że znowu zrobię bałagan?
COCO: I tak jest bałagan, Rico.
RICO: W takim razie idę poszperać.
COCO: Idź.
RICO: A ty? Co będziesz robić?
COCO: To, co mi napisze autor w didaskaliach.
RICO: A jeśli nic ci nie napisze?
COCO: To wtedy oczywiście będę robić swoje.
RICO: Dobrze, w takim razie idę.
COCO: Idź.
RICO: Ale Coco…
COCO: Co, Rico?
RICO: Mogę znaleźć coś, czego wcale nie chciałbym znaleźć.
COCO: I co wtedy?
RICO: No właśnie, i co wtedy? Wtedy ty i ja będziemy musieli coś z tym czymś zrobić.
COCO: Dlaczego?
RICO: Bo tak zawsze jest. Ktoś znajduje coś, czego wcale nie chciałby znaleźć i wtedy już musi coś z tym czymś zrobić.
COCO: No tak, to rzeczywiście problem. A mógłbyś nie iść szperać?
RICO: Oczywiście.
COCO: To nie idź.
RICO: Ale wtedy musiałbym zrobić co innego.
COCO: To wymyśl co innego.
RICO: Tylko że myśl o poszperaniu w naszej budzie jest najsilniejsza. Wiem, bo sprawdziłem. Porównałem ją z innymi i zawsze wygrywała.
COCO: To chyba nie masz wyjścia.
RICO: W związku z tym idę.
COCO: Idź, Rico. Powodzenia.
Rico idzie.
RICO: Dzięki, Coco.
Rico szpera w budzie. Coco nasłuchuje.
COCO: I co, znalazłeś coś?
RICO: Coś tam znalazłem. Ale jeszcze trochę poszperam.
COCO: Szperaj sobie, Rico, szperaj. Ja tu sobie posiedzę.
RICO: Coś mówiłaś?
COCO: Mówię, że sobie tu posiedzę!
RICO: Dobrze, Coco, siedź sobie tam, gdzie siedzisz!
Rico szpera, Coco siedzi. W końcu Rico wychodzi z budy i coś niesie z miną uroczystą.
COCO: Co tam niesiesz, Rico i dlaczego minę masz tak uroczystą?
RICO: Och, Coco, zobacz tylko co wyszperałem.
COCO: Czy to jest to, o czym myślę?
RICO: To jest radio, Coco! O, widzę że teraz i ty przybrałaś uroczystą minę.
COCO: Dziwisz się? W końcu to prawdziwe radio. Jakie piękne. Całe z drewna, z płócienną membraną i dwiema wielkimi gałkami.
RICO: Jedną ustawia się głośność, a drugą łapie się fale. O, tu jest taka podziałka z miastami. Leningrad, Belgrad, Luksemburg, Londyn, Paryż, Madryt, Moskwa, Warszawa, Praga, Monachium… Kręcisz gałką i podróżujesz po całej Europie.
COCO: Wystarczy podłączyć. My jeszcze mamy jakiś prąd?
RICO: Zaraz poszukam.
Rico szuka prądu, Coco przygląda się radiu.
COCO: Czy my mieliśmy radio? Może… w jakimś innym życiu. Wstawało się rano, nastawiało się wodę w czajniku z łabędzią szyjką, a kiedy pokrywka czajnika zaczynała terkotać, a z szyjki szła para, zalewało się wrzątkiem czarną herbatę. Wtedy siadało się przy kuchennym stole i nastawiało się radio. Zapalało się zielone oko i radio zaczynało mówić. Mówiło, nawet kiedy się go nie słuchało, mówiło głosami i językami, słowami i melodiami, a czasem trzaskami, szumami i piskami. Radio było zawsze.
Rico wraca z prądem.
RICO: Mam prąd!
COCO: Gdzie był?
RICO: Zostało jeszcze trochę w pawlaczu.
COCO: To znakomicie, Rico, bo ja mam wielką ochotę na radio.
RICO: I ja, Coco. Zaraz podłączę… (Rico podłącza radio do prądu) O, zielone oko się zapaliło!
COCO: Kochane, zawsze się zapala jak dostanie trochę prądu.
Rico przesuwa potencjometr i rozlegają się różne dźwięki: fragmenty muzyki, głosów spikerów, szumy, piski, znowu muzyka, słowa, aż w końcu znajduje jakąś stację.
RADIO: Kraj znalazł się w zasięgu niżu znad Atlantyku. Zimne masy powietrza nadciągną od zachodu i będą przesuwać się ku południowemu wschodowi. Temperatura od dwunastu do siedemnastu stopni Celsjusza, wiatr umiarkowany, miejscami silny, w porywach do 60 kilometrów na godzinę. Zachmurzenie duże, możliwe przelotne deszcze, momentami przejaśnienia na wschodzie kraju. To była prognoza pogody, a teraz…
Rico znowu zmienia stację.
RADIO:
Dziwny ten świat,
świat ludzkich spraw,
Czasem aż wstyd przyznać się.
A jednak często jest,
że ktoś słowem złym
Zabija tak, jak nożem.
Lecz ludzi dobrej woli jest więcej
I mocno wierzę w to,
że ten świat
Nie zginie nigdy dzięki nim.
Nie! Nie! Nie! Nie!
Przyszedł już czas,
Najwyższy czas,
Nienawiść zniszczyć w sobie.
Rico znowu zmienia stację.
RADIO:
Moja poezja to jest noc księżycowa,
wielkie uspokojenie;
kiedy poziomki słodsze są w parowach
i słodsze cienie.
Teraz znowu jazz, Miles Davis i John Coltrane grają „It Never Entered My Mind”
COCO: Och, Rico, to takie piękne. Jakby się żyło wieloma życiami na raz. Albo jakby się płynęło statkiem przez ocean pełen dziwów, latających ryb i śpiewających syren.
Rico zmienia częstotliwość i teraz jakaś korespondencja wojenna.
RADIO: W tej chwili wojska rządowe atakują rebeliantów na całej długości frontu (wybuchy, serie z karabinów, krzyk), ale południe kraju wciąż jest w rękach buntowników. Rzesze uchodźców opuszczają domy i kierują się ku granicy… (połączenie zostaje przerwane, Rico przestawia na jakąś neutralną muzykę, która teraz gra w tle)
RICO: Tak, Coco, to jest bardzo piękne i bardzo straszne. My tu, a tam dzieje się tyle… jakby w wielkim kotle gotowała się zupa z wszystkiego.
COCO: Dobrze, że nas tam nie ma.
RICO: Za to mamy radio. I jeszcze trochę prądu.
COCO: Jak się skończy to znowu pójdziesz i trochę przyniesiesz.
RICO: Nazbieram we wiaderko jak zawsze.
COCO: Wiesz co, Rico?
RICO: Tak, Coco?
COCO: Czuję, że to już długo nie potrwa.
RICO: Ale co?
COCO: Nie wiem, ale po prostu czuję, że się kończy.
RICO: To nic. Tak trzeba.
COCO: Zgłośnij radio.
Muzyka gra głośniej. Właściwie bardzo głośno.
KONIEC CZĘŚCI SZESNASTEJ