
Moim ulubionym sportem podczas drugiej fazy pandemii stało się liczenie wiernych przed niedzielnymi nabożeństwami u warszawskich dominikanów. Zajęcie to gwarantuje przebywanie na świeżym powietrzu, a jednocześnie widok innych, oglądanych z bezpiecznej odległości. Ludzi na ogół znanych z widzenia, choć ci, którzy napływają falą w ostatniej chwili, wydają się zawsze nie do powstrzymania. Stoi się więc w odblaskowej kamizelce i pstryka licznikiem, by, stosując się do aktualnych obostrzeń, wpuścić do świątyni odpowiednią ilość osób. Pozostali stoją na zewnątrz jak dyżurni, mogą też liczyć na zapasową mszę w dolnym kościele.
Wielu z nas stoi więc przed wejściem, mimo że nabożeństwa transmitowane są online. Przychodzimy, by przeżyć to razem, uczestniczyć w sacrum, które tu na miejscu jest bardziej uchwytne. Msza online, odtwarzana w domowych pieleszach, okazuje się bowiem prawdziwym wyzwaniem. Lepiej jednak przeżywać ją z innymi, to wydarzenie wspólnotowe. A przestrzeń kościoła pomaga, już jego otoczenie inaczej nastraja. Zwłaszcza tak zakomponowane i pielęgnowane.
Słuchanie ulubionych kaznodziejów niekoniecznie oznacza, że kolekcjonujemy jedynie ich retoryczne pomysły, jak złośliwie zauważył Janusz Pyda, krakowski dominikanin, który w Warszawie prowadzi, znakomite zresztą, wykłady z teologii i filozofii. To często wybór kogoś, kto trafia do naszego umysłu i serca. Mówi tak, że słyszymy. Powoduje przemianę.
Każdy z głoszących ma inne właściwości, gromadzi więc trochę innych słuchaczy. Toteż charyzmatycy falujący na modlitwach mieszają się w tej świątyni z mniej wylewnymi wielbicielami mistyków i ojców pustyni, znanych nam głównie z głoszonych tu kazań. Tradycji tej używa się na co dzień, nieustannie odnosząc się do niej w coraz to innych konfiguracjach. Nie ma gorszych dni czy nieważnych okazji. Homilie podczas zeszłorocznego Adwentu, wygłaszane o szóstej rano – co jest porą przez zakonników oswojoną, trudną natomiast dla zwykłych śmiertelników – były unikalnym koncertem klasztornej wspólnoty, dowodziły też porozumienia między głoszącymi a odbiorcami. Energia ta pozostała nawet w nagraniach, bo dominikanie słusznie rejestrują własne kazania, a także niemal każdy wykład czy spotkanie.
Tu, przy innej, listopadowej okazji, usłyszałam dwie znakomite homilie patriotyczne. Jedną wygłosił „z ogniem” ojciec Przepierski, ujawniając szeroką wiedzę historyczną, przedstawiając nieznane fakty i ich oryginalną interpretację. Był to patriotyzm kogoś, kto drąży temat do końca, chce wiedzieć wszystko i z tego powodu wdziera się tam, gdzie nikt nie dotarł. Drugą mówił Mateusz Przanowski, wielbiciel Św. Tomasza i Rogera Scrutona, zdający sobie sprawę jaki to dziś trudny temat, ale odważnie stawający w szranki. Prostota i umiar, mówienie bez zbędnych ozdobników, konkretnie i logicznie, pokazuje co można ustalić z całą pewnością, a czego często nie widać z dzisiejszej perspektywy.
Wiara, jak wiadomo, rodzi się ze słuchania. Nie wiadomo czy bardziej w głowie, czy w sercu, a może w duszy. To szczęśliwie pozostaje tajemnicą. Ale równowaga między rozumem i emocjami, kształcenie umysłu, żywy stosunek do chrześcijańskiej kultury, czyli pism świętych i myślicieli, czerpanie z niej przy każdej okazji, pozwalają na życie pełną piersią. Nie tyle stwarzanie nowych kategorii, co odkrywanie na nowo tego, co już wymyślono.