
Część czwarta
„Szczęśliwy dzień”
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
Jest zimno, szaro i ponuro. Wieje silny wiatr, który tu i ówdzie rozrywa i tak już rozerwaną powłokę namiotu. Rico właśnie nazbierał chrustu i usiłuje rozpalić ognisko, aby zagotować kawę w kociołku. Coco siedzi trzęsąc się z zimna.
COCO: Kiedyś potrafiłeś jedną zapałką.
RICO: Lepiej już nic nie mów, Coco.
COCO: Lepiej mnie czymś okryj. Zamarzam.
RICO: Nie mogę się rozdwoić.
Ogienek w końcu zaczyna pełgać w stosie chrustu.
RICO: Ja nie potrafię? Ja nie potrafię? Przypilnuj chwilę, żeby nie zgasło.
Rico pędzi do budy cyrkowej.
COCO: Tylko nie koc, bo mole go przeżarły!
Podczas gdy Rico znika w budzie, Coco dmucha w ognisko, żeby podtrzymać nikły płomień.
COCO (do siebie): Zawsze lubiłam ogień. Lubiłam patrzeć jak liże kolejne kartki, drewienka i jak zmienia je w popiół. Przyjemnie jest patrzeć na cichą pracę ognia. Kiedyś wrzuciłam do piecyka mój młodzieńczy dzienniczek. Gruby zeszyt zapisany drobnym pismem nastolatki. Zrobiłam to bez konkretnego powodu. Po prostu chciałam zobaczyć co się stanie. I to było wspaniałe.
RICO (wychylając się z budy): Nic nie mogę znaleźć!
COCO: Szukaj dalej!
Rico macha ręką i znika w budzie.
COCO (do siebie): Ogień przewracał kartka po kartce, najpierw powoli, a potem coraz szybciej, jakby zagłębiał się w lekturze, jakby coraz głębiej wchodził we mnie… Czułam się taka szczęśliwa, taka spokojna…
Rico niezauważony przez Coco staje przy niej. Trzyma jakąś starą i, co tu kryć, mocno nieświeżą kołdrę.
RICO: Gadasz do siebie?
COCO: Daj to wreszcie!
Coco okrywa się kołdrą, a Rico zajmuje się ogniskiem i kociołkiem, w którym miesza aluminiową łyżką.
COCO: Rico…
RICO: Tak, Coco?
COCO: Czuję, że to będzie szczęśliwy dzień.
RICO: Kawa chyba dochodzi.
COCO: Mówię, że czuję, że to będzie szczęśliwy dzień.
RICO: Przyniosę kubki.
COCO: Rico!
RICO: Tak, to będzie szczęśliwy dzień. Zadowolona?
COCO: Tylko najpierw umyj.
RICO: Już myłem.
COCO: To umyj jeszcze raz!
Rico idzie do budy.
RICO: Zaraza jedna…
COCO: Co powiedziałeś?!
RICO: Zaraz wracam.
COCO (do siebie): To musi być szczęśliwy dzień. Nie będę myśleć, dlaczego jestem tu, gdzie jestem, a nie gdzie indziej, dlaczego z tym, kim jestem, a nie z kim innym. Nie będę wspominać, rozpamiętywać. Będę się cieszyć tym, co jest! Rico! Riiico!!! Kawa dochodzi!
Szybko!
Rico biegnie z dwoma kubkami.
COCO: Pamiętaj o szczypcach.
RICO: Pamiętam!
Rico szuka w przepastnych kieszeniach szczypców do chwytania kociołka z kawą…
RICO: Gdzie te cholerne szczypce?!
COCO: Nie wyrażaj się!
… szuka też wokół ogniska i jeszcze gdzie indziej, ale szczypców nie ma. Tymczasem kawa już kipi. Chcąc nie chcąc, Rico chwyta gorący kociołek przez podwinięty rękaw swego zużytego stroju klauna.
RICO: Au! Au! Auuu!!!
Jakoś nalewa kawę do kubków, po czym chwyta się oburącz za uszy.
COCO: Jesteś dzielny. Siadaj tu przy mnie i okryj się.
Rico jest obrażony. Stoi odwrócony tyłem do Coco.
RICO: Nie chcę.
COCO: No chodź, Rico.
RICO: Ta kołdra zalatuje stęchlizną. Tu wszystko zalatuje stęchlizną. My też zalatujemy stęchlizną!
COCO: Nic nie czuję. Zresztą, zaraz i tak się przewietrzy. No chodź i już się nie gniewaj.
Rico chwilę coś majstruje przy twarzy wciąż odwrócony tyłem, po czym odwraca się do Coco. Jego twarz jest pomalowana, a na nosie ma błyszczącą czerwoną piłeczkę.
RICO: Ja też myślę, że to będzie szczęśliwy dzień, Coco.
Rico chodzi w tę i z powrotem krokiem klauna wymachując wyimaginowaną laseczką. Nagle ślizga się na wyimaginowanej skórce od banana i upada z wielkim hałasem. Próbuje wstać, ale ciągle ślizga się na skórce. Coco śmieje się i bije brawo.
COCO: Skórka od banana, Rico!
RICO: To twoja sprawka, Coco!
Rico znowu próbuje wstać, znowu pada.
COCO: Biedny Rico! Pomóc mu? Jak myślicie? Pomóc? No dobrze, pomogę. Już do ciebie biegnę, Rico!
Coco podbiega do Rico i podaje mu dłoń, ale oczywiście też upada na skórce od banana. I tak oboje próbują sobie pomóc i oboje wciąż upadają. W końcu zmęczeni leżą na ziemi.
RICO: Wciąż jesteśmy dobzi.
COCO: Nie mówi się dobzi, tylko najlepsi.
RICO: Wcale nie, bo najlepsiejsi.
COCO: Kawa nam wystygnie.
RICO: Złapiemy wilka.
Coco podaje rękę Rico.
COCO: Nie boję się wilka.
RICO: To wskakuj na niego!
Rico staje na czworaka, a Coco siada na nim. Idą do ogniska. Siadają na ławeczce, okrywają się kołdrą, biorą kawę, piją. W tym momencie silny podmuch wiatru rozwiewa ognisko.
RICO: Po nas też nic nie zostanie, Coco.
COCO: Umówiliśmy się, że to będzie szczęśliwy dzień, Rico. I będzie, choćby nie wiem, co.
RICO: Może powinniśmy znaleźć jakiś ciepły kąt. Mamy już swoje lata.
COCO: Chcesz zostawić to… wszystko?
RICO: A co to jest to… wszystko? No co? Ten dziurawy namiot? Ta zimna buda? Te łachy? Ta śmierdząca, wstrętna, okropna kołdra???
COCO: I dokąd chciałbyś pójść?
RICO: Nie wiem. Musi być jakieś inne miejsce.
COCO: Inne miejsce. W innym miejscu będziemy tylko parą nikomu niepotrzebnych klaunów. I pewnie nie pozwolą nam być razem w tym „innym miejscu”.
RICO: Skąd wiesz?
COCO: Wiem. I ty też wiesz. W takich miejscach tacy jak my są tylko numerkami w tabelkach. Liczą, podliczają, a na koniec wystawią ci rachunek. Za twój własny pogrzeb. Jeśli pozwolą ci go mieć.
RICO: Nie mów tak.
COCO: Będę tak mówić, bo nie lubię kiedy masz te swoje huśtawki nastroju. (pauza) Przytul mnie.
Rico przytula Coco.
RICO: Przepraszam, Coco.
COCO: Idzie wiosna. Musimy zrobić porządki.
RICO: Zabiorę się za te dziury w namiocie, a potem wymaluję naszą budę.
COCO: A ja zasadzę jakieś kwiatki.
RICO: Świetny pomysł. Zrobię dla nich ogrodzenie z kamieni.
COCO: Widzisz, ile mamy do roboty?
RICO: Miałaś rację.
COCO: Ja zawsze mam rację. Ale z czym?
RICO: Że to będzie szczęśliwy dzień.
Wiatr przywiewa pod nogi Coco i Rico kawałek starego plakatu Cyrku „Mundi”. Coco bierze go, przygląda się.
COCO: Zobacz. Który to był rok?
RICO: Tysiąc dziewięćset…
COCO: Coco i Rico w specjalnym programie z okazji Dnia Dziecka. (pauza) Szkoda, że nie mamy dzieci, Rico.
RICO: Nie złożyło się, Coco.
COCO: Wiesz co?
RICO: Co?
COCO: Rozpalmy ognisko.
RICO: Czytasz mi w myślach.
Rico odchodzi na chwilę, w tym czasie Coco przygląda się staremu plakatowi, coś sobie przypomina, z oczu wypływają jej dwie duże łzy. Rico wraca z chrustem.
RICO: Płaczesz, Coco?
COCO: To przez ten wiatr.
RICO: Wieje jakby miał nas stąd unieść razem z namiotem i budą.
COCO: To by nie było takie złe.
Rico układa chrust.
RICO: Tak, to by było całkiem… gdzie ja podziałem…
Rozgląda się za podpałką. Coco podaje mu stary plakat.
RICO: Nie chcesz sobie zostawić na pamiątkę?
Coco kiwa przecząco głową.
COCO: Chcę zobaczyć jak będzie płonął.
Rico podpala papier i podkłada go pod chrust. Wszystko momentalnie zajmuje się ogniem.
Płomienie oświetlają twarze Coco i Rico.
KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ