
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część piąta
Trąby
Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
Rico obchodzi budę, ogląda ją dokładnie i przy pomocy dwumetrowego kija opukuje tu i ówdzie, uważnie nasłuchując odgłosu puknięcia. Coco wychodzi z budy i przez dłuższy czas, niezauważona przez pogrążonego w działaniu Rico, przygląda mu się. W końcu siada na ławeczce.
COCO (patrząc przed siebie): Co robisz, Rico?
RICO (dopiero po chwili, nie przestając oglądać i opukiwać budy): Co?
COCO: Pytam, co robisz.
RICO (uroczyście): Dokonuję okresowego przeglądu technicznego naszej budy.
COCO: Nigdy tego nie robiłeś.
RICO: Widocznie nie było takiej potrzeby.
COCO: A dlaczego robisz to teraz?
Rico przerywa to, co robi, podbiega do Coco z wyciągniętym w jej kierunku kijem. Zatrzymuje się, gdy koniec kija dotyka Coco. Ta odsuwa się, trochę przestraszona. Kij znowu się do niej przybliża. Ona znowu się odsuwa. Aż trafia na koniuszek ławki.
COCO: Co ty… co ty robisz…
RICO (zatrzymuje się): Wyjeżdżamy.
COCO: Wyjeżdżamy od… od jak dawna stąd wyjeżdżamy, bo straciłam rachubę?
RICO: Tym razem wyjeżdżamy naprawdę.
Rico siada na ławce, trzymając dystans do Coco za pomocą kija. Coco chce się przybliżyć, ale Rico odpycha ją. Przepychanka trwa chwilę, aż oboje pozostają „półdupkami” na swoich krańcach ławki.
COCO: Po co ci tej kij, do cholery?
RICO: Żeby zachować stały dystans.
COCO: Zwariowałeś na stare lata. Jesteśmy ze sobą od… od jak dawna ze sobą jesteśmy, bo straciłam rachubę?
RICO: Wystarczająco długo, żeby teraz umieć zachować stały i bezpieczny dystans. I żeby wreszcie stąd wyjechać.
COCO: Zdajesz sobie sprawę, że ten szalony projekt napotka po drodze szereg problemów, które ostatecznie go zniweczą? Więc lepiej rzuć ten kij i zajmij się tym, co zwykle.
RICO: Jestem jeszcze dość silny. Mogę ciągnąć budę i ciebie w budzie. Trzeba tylko ruszyć z tym… zrobić pierwszy krok.
COCO: Nawet jeśli uda ci się ruszyć, to dokąd pójdziemy?
RICO: Ty, słynna klaunica Coco, która całe życie włóczyła się po najzapadlejszych dziurach, ty zadajesz mi takie pytanie?!
COCO: Nie nazywaj mnie klaunicą, klaunuchu! Musimy pilnować namiotu, zapomniałeś?
RICO: Po co? Dla kogo? W imię czego?
COCO: Ty, słynny klaunuch Rico, który całe życie robił wyłącznie rzeczy ulotne i zbędne, ty zadajesz mi takie pytanie?
RICO: Robiliśmy to razem. I nie nazywaj mnie klaunuchem.
COCO: Klaunuch.
RICO: Klaunica.
COCO: Klaunuch!
RICO: Klaunica!
COCO: Przebrzydły klaunuch!
RICO: Upadła klaunica!
COCO: Cooo? Co ty powiedziałeś?
RICO: Dobrze słyszałaś. Jesteś upadłą klaunicą, zdaną na łaskę i niełaskę niewidzialnych sił, ale ponieważ na żadną łaskę nie możesz liczyć, więc musisz pogodzić się z ostateczną klęską!!!
COCO: Ja ci dam upadłą! Ja ci dam klęskę! Ze łba ci wybiję te niegodziwości!!!
Coco zrywa się, chwyta koniec kija i chce nim uderzyć Rico, ale Rico mocno trzyma swój koniec kija, więc tak sobie ten kij przeciągają, przeciągają…
Rico mocniej pociąga za kij, wyrywając go z rąk Coco.
RICO: Ale to ja mam kij.
COCO: To ty jesteś moją największą klęską… Ty… potworze!!!
Coco płacze. Rico jest zasromany.
COCO (chlipiąc): A mogłam iść z mistrzem Canettim. Tak mnie prosił, tak mnie błagał, tak mnie obsypywał najczulszymi pocałunkami… Ale ja głupia wolałam być z tobą, w tej cuchnącej budzie, na błotnistych bezdrożach tej szarej krainy…
RICO: Mówisz tak, żeby mnie zranić.
COCO: Ciebie nie można zranić, bo ty nie masz uczuć.
RICO: Mówiłem ci tysiące razy: mistrz Canetti nie był żadnym mistrzem. Był fujarą. Nic dziwnego, że skończył jak skończył.
COCO: Nikt nie wie, jak naprawdę skończył.
RICO: Wszyscy wiedzą, że po odejściu z naszego cyrku występował na jarmarkach jako „mistrz prawdziwej magii”, który rzekomo siłą własnej woli potrafi unieść się w przestworza. Znam te bajki. Słyszałem je wiele razy, tylko że nikt nie widział tego na własne oczy. A prawda jest taka, że po pijaku spadł ze szczudeł i skręcił sobie kark.
COCO: Zawsze mu zazdrościłeś.
RICO: Nie zazdrościłem, tylko nienawidziłem, a to różnica.
COCO: Żal mi cię. Całe życie w cieniu Canettiego i innych, lepszych od ciebie.
RICO: Uważaj, bo cię zostawię.
COCO: Ha ha ha. I co byś zrobił beze mnie?
RICO: O, już ja wiem, co był robił.
COCO: Spójrz na siebie. Jesteś… jesteś…
RICO: Kim jestem, Coco?
COCO: Jesteś stary!
RICO: Masz rację i dlatego muszę się stąd w końcu wyrwać. Pytanie czy jedziesz ze mną?
COCO: Znałam kogoś, kto był tam tego dnia i widział, jak Canetti wznosi się, coraz wyżej, wyżej niż ptaki, aż zmienia się w maleńki punkcik i w końcu znika. Tym kimś byłeś ty.
RICO: Zmyśliłem to wszystko. Żyliśmy wtedy w oparach snu i alkoholi. Ziemia umykała nam spod nóg i nie znaliśmy ustanku w naszym biegu. Prawda i kłamstwo przepychały się żeby zająć tron, podczas gdy my…
COCO: Canetti był prawdziwy.
RICO: Nie. Prawdziwe były chwile, kiedy ze wzruszenia zatykało nam gardła albo kiedy z rozkoszy traciliśmy zmysły albo kiedy z nienawiści wzrok zalewała nam czarna smoła albo kiedy z odrazy dławiliśmy się własnymi wymiocinami albo kiedy z bólu wyliśmy w przepoconą poduszkę.
Ryk trąb z oddali, niski, basowy, ochrypły.
COCO: Albo kiedy ze strachu szukaliśmy w ciemności, po omacku, ludzkiego kształtu.
RICO: Jednak rozumiesz! Zbieraj się, nie mamy czasu do stracenia!
COCO: Rico, spójrz na mnie.
RICO: Patrzę na ciebie, Coco.
COCO: Kogo widzisz?
Milczenie.
COCO: Kogo widzisz, kiedy patrzysz na mnie?
RICO: Połówkę najwspanialszego duetu świata. To nie było zmyślone, ludzie naprawdę śmiali się i płakali, a łzy spływały im do otwartych w zachwycie ust.
COCO: Rico! Chcę, żebyś mi powiedział, kogo widzisz!
RICO: Moją biedną, małą Coco.
Nagle Rico pada do stóp Coco. Płacze.
RICO: Dlaczego ciągle czuję się winny? Dlaczego nigdy nie czułem się prawdziwie szczęśliwy?
COCO: Nigdy?
RICO: Nigdy, poza chwilami, kiedy umierałem ze szczęścia.
COCO: Myślisz, że wszystko się skończyło?
RICO: Tak, Coco. Wszystko się skończyło.
COCO: To bardzo piękne. (pauza) Canetti uważał się za kogoś w rodzaju zbawiciela. Chciał dać ludziom wiarę i nadzieję. Dlatego zniknął w błękicie.
RICO: Niech i tak będzie.
Drugi ryk trąb.
COCO: Te trąby całkiem jak w moim śnie. Szara, trochę żółta równina. Trzech włóczęgów. Głuchy, ślepy i kulawy. Idą. A kiedy słyszą trąby, ślepy i kulawy przyspieszają kroku, ciągnąc głuchego.
RICO: Dokąd idą?
COCO: Nie wiedzą, bo nie ma słońca. Ale nie ma też ciemności. Tylko szarość i trochę żółci. Idą, a kiedy trąby odzywają się po raz trzeci, zatrzymują się. Są na miejscu.
RICO: Co to za miejsce?
COCO: Miejsce końca wędrówki.
RICO: I co dalej?
COCO: Nic.
RICO: Zawsze jest jakieś dalej.
COCO: Nie wiem. Może. Ale to już nie potrwa długo.
(pauza)
RICO: A pamiętasz jak pod lasem zatrzymał się cygański tabor? Poszliśmy zobaczyć. Księżyc świecił w koronach wysokich świerków. Pamiętasz?
COCO: Płonęło ognisko, a oni śpiewali i tańczyli.
Rico wstaje, bierze kij i zaczyna z nim tańczyć.
COCO (też wstaje, klaszcze i nuci, a właściwie mamrocze refren romskiej pieśni „Dżelem, Dżelem”): Aaaa Romale, aaaa schawale…
RICO (tańcząc mamrocze): Aaaaa Romale, aaaa schawale…
COCO: Ach, tacy byliśmy młodzi!
RICO: Ach, tacy nieśmiertelni!
COCO: Tańcz, Rico, tańcz ze mną!
RICO: Moja mała biedna Coco! Będę z tobą tańczył aż… aż… aż nie wiem co!
Rico z impetem odrzuca za siebie kij. Sekundę później słychać głośne: „AUUUUĆ!!!”
Rico patrzy na Coco. Coco patrzy na Rico. Potem oboje patrzą na nas.
Trzeci ryk trąb.
KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ
POPRZEDNI ODCINEK „CIRCUS MUNDI”