
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część szósta
Budowanie relacji
Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
RICO: Jak myślisz, Coco, długo to jeszcze potrwa?
COCO: Co, Rico?
RICO: No – to.
COCO: A, to. No wiesz, jedne rzeczy kończą się szybko, a inne nie.
RICO: Głęboka myśl.
COCO: Na przykład życie.
RICO: Nie, Coco, proszę, nie mówmy teraz o życiu.
COCO: Ale ja nie mówię o życiu, tylko o śmierci.
RICO: Jeszcze gorzej.
COCO: Weźmy jedno życie. Konkretne. Na przykład twoje. Jak myślisz, trwa długo czy krótko?
RICO: To zależy jak się spojrzy.
COCO: To spójrz na nie z góry. Patrzysz?
RICO: No, powiedzmy.
COCO: I co widzisz?
RICO: Poczekaj, muszę siku.
Rico odchodzi na stronę. Słychać jak pogwizduje.
COCO (po chwili): Tylko umyj ręce! (do siebie) Nie wierzę, że ciągle muszę mu o tym przypominać. Stare, siwe, łyse dziecko.
Rico wraca.
RICO: Mówiłaś coś?
COCO: I co zobaczyłeś?
RICO: Niewiele.
COCO: Pytam o twoje życie, Rico.
RICO: Dziwnie dziś mówisz, Coco. Dziwnie i jakoś groźnie.
COCO: Boisz się na nie spojrzeć. Bo mógłbyś zobaczyć coś, czego nie chcesz widzieć.
RICO: Dobrze, powiem ci, ale pod warunkiem, że ty też mi powiesz.
COCO: Dziś ja tu stawiam warunki. Mów.
RICO: Jak sobie życzysz, Coco. Więc najpierw… to było trochę jak przedłużenie snu, z którego się wynurzyłem na świat. Strasznie długo byłem dzieckiem, godziny ciągnęły się niemiłosiernie, a ja nie miałem czym ich wypełnić, więc z braku laku wypełniałem marzeniem, samotnym obserwowaniem mrówek, dżdżownic i ślimaków. Potem dorosłem i mój czas ścieśnił się do cykli, cykli cykli, cykli w cyklach cykli, a wszystko leniwie rozpędzone jak mechanizm zegara. A potem jeszcze spotkałem ciebie i…
COCO: Dość.
RICO: Nie żyłem tak jak chciałem, Coco.
COCO: Mówiłam: dość.
RICO: Sama zaczęłaś.
COCO: Musi być jakiś punkt zaczepienia.
RICO: Odkąd spotkałem ciebie, boję się trochę mniej.
COCO: Ja, ty, my. Przeklęte układziki, trybiki nędznych uniesień.
RICO: Nie mów tak.
COCO: A mnie chodzi o coś… coś… większego niż to wszystko.
RICO: Tak, tak, ty zawsze miałaś skłonność do mistycyzmu. A raczej mistyfikacji.
COCO: Ty za to zawsze miałeś skłonność do plugastwa. Myślisz, że nie wiedziałam o tych twoich tancereczkach i akrobatkach, albo o tych wiejskich i małomiasteczkowych dziewuchach, którym imponowała twoja klaunia zręczność?
RICO: Więc jednak układziki, trybiki… a podobno szukasz czegoś większego.
COCO: Jesteśmy czym jesteśmy. Jeden w moim życiu Canetti przekroczył siebie…
RICO: Błagam, nie wracajmy do tego starego osła.
COCO: Nie musisz być zazdrosny, mój biedny Rico. Między nami nie było tego, o czym myślisz. Było coś więcej.
RICO: Myślę, że to nigdy się nie skończy.
COCO: Tak byłoby najprościej.
RICO: Wiedziałem, że tęsknisz za tamtym życiem. Moja wiecznie niezadowolona i niezadomowiona w teraz Coco! Ale musisz pamiętać, że nie wszyscy i nie zawsze nas uwielbiali. Dla jednych byliśmy niepotrzebnym przerywnikiem między prawdziwymi numerami, a jeszcze inni patrzyli na nas z pogardą. Najwięcej było jednak ziewających. Kiedy my wychodziliśmy na arenę, oni wychodzili na papierosa albo kiełbasę z piwem! Znaczyliśmy mniej niż kiełbasa i piwo, Coco.
COCO: Biedny, mały Rico. Ja to wszystko wiem. I za niczym nie tęsknię. Ani za tamtym tobą, ani za Canettim, ani za moją urodą, która rozsypała się w proch. Ja po prostu czekam.
RICO: Na co, Coco?!
COCO: Le grande finale!
RICO: A jeśli będzie już tak, jak jest? A koniec będzie po prostu końcem i niczym więcej?
COCO: Widzisz, sam kiedy mówisz o swoim życiu, używasz raczej obrazów i metafor. Żadna opowieść nie może tak po prostu się skończyć. Musi być coś jeszcze.
RICO: I twoja opowieść będzie miała to coś.
COCO: Twoja też.
RICO: Moja jest opowieścią bez morału.
COCO: Nie prowokuj mojej litości, bo i tak jej nie dostaniesz. Prawdziwy biczownik musi znaleźć radość w samym biczowaniu się.
RICO: Znasz mnie lepiej niż ja. Czasem myślę, że w ogóle żyjesz za siebie i za mnie. (po chwili) Opowiedz mi trochę o sobie.
COCO: Zawsze chciałam mieć białą suknię z welonem. I powiedzieć na głos, że cię nie opuszczę aż do śmierci. I usłyszeć jak mówisz to do mnie.
RICO: Ślub? Nie chciałaś o tym słyszeć.
COCO: A teraz chcę. Wolno mi? Wolno. I żeby był prawdziwy ksiądz, prawdziwy ołtarz i prawdziwy Bóg. Tak właśnie. Tego chcę.
RICO: Ale Coco, w naszym wieku… po co nam to?
COCO: Tylko bez głupich pytań. Chcę ślubu.
RICO: Ale skąd ja ci wezmę księdza, suknię z welonem i… całą resztę?
COCO: Wymyśl coś! Dlaczego zawsze ja muszę wszystko wymyślać?
RICO: Jest tu chyba w okolicy jakiś kościół… jak wejdziesz na dach naszej budy, to zobaczysz wieżę… przynajmniej wygląda na kościół.
COCO: To idź tam i załatw wszystko. O suknię się nie martw, coś wykombinuję.
RICO: Coco, ale ty poważnie?
COCO (wpada w złość): Tak, poważnie, nareszcie poważnie i bez obracania wszystkiego w żart, bez robienia jaj i bez rechotu!!! Zrozumiano?!!!
RICO: Nie poznaję cię. Na pewno dobrze się czujesz?
COCO: Idź tam wreszcie i załatw to. Jeśli nie, odchodzę.
RICO: Coco… ja po prostu nie rozumiem… nic nie rozumiem…
COCO: To świetnie! Bo ja też nie rozumiem, ale w końcu jestem czegoś pewna! No idź, szkoda czasu!
RICO: A ja? Chyba mogę się wypowiedzieć?
COCO: Nie możesz!
RICO: A może ja nie chcę!
COCO: Nic mnie to nie obchodzi. Raz spełnisz moje życzenie czy tego chcesz czy nie! Idź już w końcu, bo ja pójdę, ale jak pójdę to nie wrócę!
RICO: Dobrze, idę. Idę. Nic nie rozumiem, ale idę. Idę dla ciebie. Słyszysz? Zrobię to. Dla ciebie! (po chwili) Tylko muszę się jakoś ubrać, nie mogę iść tak.
COCO: Możesz i pójdziesz!
RICO: Ale…
COCO: Ale już!
Rico odchodzi.
RICO: Nic nie rozumiem… Idę do księdza w sprawie ślubu. Mojego ślubu. (zatrzymuje się) Coco! Ja nie mogę!
COCO: Czego znowu nie możesz, Rico?
RICO: Przecież to nie jest takie proste!
COCO: Nic nie jest proste, ale musisz to załatwić! Słyszysz co do ciebie mówię? Musisz!!!
RICO: Ślub wzięty pod przymusem jest nieważny! O ile ktokolwiek udzieli ślubu takiej parze jak my!
COCO: A niech cię, Rico! Nigdy nie umiałeś spełniać moich zachcianek! Jeden tylko…
RICO: Nie szantażuj mnie!
COCO: Więc zostań tu, a ja pójdę!
RICO (wraca): Wolałbym cię samej nie puszczać.
COCO: Razem nie możemy, ktoś musi pilnować namiotu.
RICO: No tak. (po chwili) Przemyśl to jeszcze na spokojnie. Proszę.
COCO: Wiedziałam, że to gra na zwłokę. Ale ja już tak dłużej nie mogę!
Coco odchodzi, biegnie, gna przed siebie.
RICO: Coco! Zaczekaj! Coco!!!
Rico biegnie za Coco, ale za chwilę zatrzymuje się. Chodzi w tę i z powrotem, nie wiedząc, co zrobić.
RICO: Zwariowała, jak Boga kocham. Na co mi ślub? Po co? Dlaczego? Nigdy jej nie zrozumiem. A ona nie zrozumie mnie. I skąd jej wezmę suknię z welonem? Przecież mamy tylko cuchnące naftaliną stroje błaznów. Chyba że przerobi się te nędzne, pożółkłe firanki… Ale my jesteśmy parą starych błaznów! Błaznujemy, bo tylko to potrafimy! Po co to psuć? Po co robić z tego melodramat? Bóg? Nigdy nie było innego boga poza naszą sztuką! Co jej się stało? Dlaczego postanowiła usunąć mi grunt spod nóg? Jaki był, taki był, ale przecież jakiś był. Moja biedna Coco zwariowała… Mam nadzieję, że niczego nie załatwi i wszystko będzie po staremu. Niech będzie po staremu, proszę!
Jakiś czas później. Nadbiega radosna Coco.
COCO: U-hu! Rico! Mam wspaniałe wieści! Udało się! Wyobraź sobie, spotkałam księdza tu, niedaleko, pod lasem. Zbierał polne kwiatki na ołtarz. To miły staruszek i chyba samotny. Bardzo się ucieszył kiedy mu powiedziałam, że chcemy wziąć ślub. Od dawna nikt tu nie brał ślubu, wiesz? Muszę sobie sprawić suknię. Tobie też coś uszykuję, nie martw się! Tylko gdzie ja mam nożyczki i nici… Och Rico, tak się cieszę!
Coco pogwizdując odchodzi do budy.
RICO (chowając twarz w dłoniach): Udało się…
Jakiś czas później. Biją dzwony. Coco i Rico wychodzą z kościoła.
RICO: I jak?
COCO: Dobrze. A ty?
RICO: Też dobrze.
COCO: A nie mówiłam?
RICO: Państwo Coco i Rico.
COCO: Żona i mąż. Mąż i żona.
RICO: Wezmę cię w podróż poślubną. Kiedyś.
COCO: Cieszę cię, Rico. A teraz wracajmy do naszej budy. Przed nami uczta weselna.
RICO: I miodowy miesiąc.
COCO: I cała wieczność.
Biją dzwony. Dzwoni budzik.
KONIEC CZĘŚCI SZÓSTEJ