
Ostatnio oglądałam serial Netflixa The Politcian Ryana Murphy. Pierwszy sezon nawet fajny, ale drugi charakterystyczny dla tego reżysera. Widziałam bowiem też jego mini serial Hollywood, który był zbudowany na takiej samej zasadzie. Początek zapowiada bezkompromisowe postawienie trudnych, ukrytych problemów występujących w uprzywilejowanych społecznościach i ich drastyczne skutki bez szczęśliwego rozwiązania, pełne osobistych, nigdy niepomszczonych tragedii. Niestety oba seriale więcej zapowiadają, niż dają, bo każdy z nich kroczy w stronę „końca z Hollywood”, czyli happy endu, ostentacyjnie wręcz idealistycznego i baśniowego. Można i tak – każdy ma jakiś styl. Ja osobiście nie przepadam, ale to wolny kraj.
W The Politician jednak coś mnie zbulwersowało jak rzadko kiedy. Uprzedzam: będzie spoiler, więc kto nie chce znać zakończenia drugiego sezonu, niech nie czyta.
Otóż: w drugim sezonie główny bohater, Payton Hobart, walczy o pozycję senatora ze stanu Nowy Jork. On sam jest bardzo młodym człowiekiem, tuż po studiach, a jego konkurentką dotychczasowa wieloletnia senator, tzw. stara wyjadaczka polityczna. Pod koniec kampanii wyborczej sondaże zapowiadają remis. I rzeczywiście – wybory kończą się wynikiem idealnie remisowym. Jednak okazuje się, że wynik ten jest zafałszowany, ponieważ osoba z jego sztabu, inspiratorka bezkompromisowego programu ekologicznego, który przyjęli jako swój główny komunikat, ukradła urnę wyborczą z domu opieki społecznej – czyli skupiska starych ludzi, czytaj: potencjalnych wyborców dotychczasowej pani senator. Urna jest nadal zamknięta, ale przeliczenie głosów z pewnością przechyliłoby szalę na którąś stronę. Hobart ma trochę skrupułów, ale ostatecznie zostawia sprawę ukradzionej urny i ma zamiar wziąć udział w losowaniu, które jest tradycyjnym sposobem rozstrzygania remisów. Do losowania (a w zasadzie jeszcze innej formy wyboru losowego, ale to nieważne tutaj) w końcu nie dochodzi, bo stara, w obu sensach tego słowa, senator wygłasza manifest poparcia dla młodego konkurenta, którego ekologiczny i idealistyczny program ją przekonał, i życząc mu powodzenia, oddaje wygraną walkowerem. Przed tzw. acceptance speech Hobart ma jednak jakieś skrupuły, ale wtedy jego ideowi członkowie sztabu rozwiewają je, bo w tajemnicy przed nim przeliczyli w końcu głosy z ukradzionej urny i okazało się, że nawet sklerotyczni pensjonariusze byli za komunikatem ekologicznym i oddali głosy w większości za nim. W tej sytuacji Hobart jest już szczęśliwy i wygłasza płomienne przemówienie o dobrej zmianie, jaką wprowadzą najpierw w Nowym Jorku, a potem na świecie. I rzeczywiście, epilog rozgrywa się po roku i okazuje się, że młodzi współpracownicy młodego senatora doprowadzili do rozwiązania wszystkich problemów w stanie Nowy Jork – ekologicznych, społecznych, mieszkaniowych, itd., itd., a stara pani senator proponuje mu, by zawalczył z nią o fotel prezydenta USA na pozycji wiceprezydenta. I żyli długo i szczęśliwie, bo zapewne metodologia z wyborów do senatu została twórczo wykorzystana w skali krajowej.
Patrzyłam na tę końcówkę wstrząśnięta. Oznacza ona bowiem, że jeśli masz dobry, ekologiczny komunikat, to bierz sprawy w swoje ręce, dobro musi zwyciężyć. A zresztą ludzie i tak tego chcą, możesz decydować za nich z góry, bez pytania.
Jest to bolszewizm w czystej postaci – po co wybory, my wam powiemy co jest dobre i wcielimy to w życie z korzyścią dla mas i planety. A dobra jest ekologia – lepsza niż demokracja i jej przestarzałe rytuały.
Możemy się spodziewać, że temat ekologiczny zdominuje wkrótce showbiznes i sceny teatralne, ponieważ stał się nową religią młodzieży. Już teraz trudno wyobrazić sobie projekt kulturalny czy szkolny bez wątku ekologicznego. Serial Netflixa pokazał ekologię jako cel uświęcający środki. I mogę to potwierdzić, bo oto co tymczasem na moim froncie ekologicznym:
Gdy przeprowadziliśmy się do Powsina śmieci odbierała i opróżniała szamba powstała w latach 90. firma Bogusław Krupiński TRANSPORT, ponieważ mimo umów z UE, zobowiązujących miasta do zlikwidowania szamb do 2013, Powsin należący do gminy Wilanów, ma szamba do dziś. Firma oczywiście nie działała jako monopolista, tylko jako jedna z wielu, co zapewniało nam wybór, a my postanowiliśmy podpisać umowę właśnie z nią także dlatego, że to od naszej decyzji zależało czy śmieci będą zabierane codziennie, albo co tydzień, lub co dwa – czyli zgodnie z ideałami państwa liberalnego, w którym sam decydujesz o rozwiązywaniu swoich potrzeb. Nasze śmieci były wybierane co tydzień. Co sobota nad ranem słyszałam jak śmieciarka pana Krupińskiego podjeżdża pod bramę. Uśmiechałam się zawsze wtedy w półśnie, że są stałe rzeczy na tym świecie i mogę spać spokojnie. Niestety – poczucie stabilności świata nie trwało długo. Po dwóch latach od naszej przeprowadzki odbieranie śmieci zostało w całości przekazane wielkim koncernom. U nas odbiera firma francuska – nie mamy żadnego wpływu ani na wybór odbiorcy, ani częstotliwość wybierania – raz na dwa tygodnie i koniec. Nawiasem mówiąc – francuski przedstawiciel tej firmy, który też mieszkał w Powsinie, miał je odbierane co tydzień. No cóż – I don’t blame him, też nie lubię jak mi śmierdzi, a nawet nie jestem Francuzką! Ceny oczywiście wyższe niż u pana Krupińskiego, no i sortowanie, bo inaczej jeszcze drożej. Czy jestem przeciw sortowaniu? Nie, nie jestem. Ale uważam, że sortować powinna firma odbierająca. Pan Krupiński zatrudniał dwadzieścia (!) osób, które sortowały śmieci. Stali przy taśmie i je sortowali. Potem firma sprzedawała poszczególne surowce, dzięki czemu my mieliśmy tańszy odbiór. Jak jest teraz? Ja muszę posortować śmieci, żeby francuski koncern je sprzedał. Na dodatek posortowane śmieci to już według mnie nie są śmieci – to surowiec, który ktoś powinien ode mnie kupić, a nie, żebym ja jeszcze za niego drugi raz płaciła. Dalej: ktoś mi ostatnio opowiadał, że warszawskie śmieci są składowane wokół Otwocka. Kiedyś rosły tam sady, dopóki wspaniała reforma nie wykończyła polskich sadowników. Budynki, w których przechowywano owoce, teraz stoją puste lub zostały wynajęte od zubożałych byłych sadowników przez firmy i tam, byle jak, są rzucane owe posortowane śmieci.
A pan Krupiński i jego pracowicie budowana przez lata firma? A kogo to obchodzi? Tego lata, siedem lat po ostatecznym terminie i jak mniemam, płacenia z naszych podatków kar za brak kanalizacji, gmina Wilanów zaczęła kłaść u nas rury. Znaczy to, że firma pana Krupińskiego straci również ten biznes. Znikanie szamb to proces cywilizacyjny – na to się nie poradzi. Ale pozbawienie naszego przedsiębiorcy możliwości wywożenia śmieci uważam za działania antypaństwowe. I proszę mi nie mówić o ekologii, zwłaszcza tej za wszelką cenę. Gdy oglądam serial Netflixa, który zachęca do bezprawia w imię „dobrej sprawy”, to myślę o realnie uprawianej ekologii: o panu Krupińskim, i o autobusie, który gdy się wprowadzaliśmy do Powsina jeździł co 15 minut, a obecnie – w mieście, które „zachęca”, by nie używać samochodów – w ramach wiecznych oszczędności jeździ co 30 minut, co owocuje tylko tym, że jesteśmy zmuszeni do codziennego korzystania z auta, bo autobus co pół godziny całkowicie uniemożliwia zwykłe funkcjonowanie.
Pan Krupiński już musiał zwolnić wiele osób, a teraz, na koniec zawodowego życia, czeka go być może bankructwo i sprzedaż taboru, mimo że swój interes zawsze prowadził wzorowo. Ta wizja kontra ukradziona urna dla „dobrej sprawy” to kwintesencja hollywoodzkiej hipokryzji ekologicznej, którą miałam nieprzyjemność oglądać w telewizorze, a na co dzień przez okno. I mam nadzieję, że na scenach teatralnych zobaczę coś, co jest mniej zakłamane.