Adam Domalewski / WOBEC CHAOSU – PRZYTULENIE

fot. Zdzisław Orłowski

Zamroz, reżyseria Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk, Teatr Porywacze Ciał w Poznaniu.

Na przypadające w tym roku trzydziestolecie swej działalności Teatr Porywacze Ciał przygotował spektakl Zamroz, składający się z fragmentów kilku wcześniejszych przedstawień. Już sam ten fakt warty jest dostrzeżenia i docenienia. Jaki inny teatr byłby w stanie zaprezentować coś podobnego? Porywacze w czasie swego istnienia oczywiście także przeżywali różnego rodzaju metamorfozy i zakręty, niemniej ciągłość artystycznej formuły, w jakiej trwają Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk, budzi szacunek i podziw.

I love you, z arch. Teatru

Poznańscy twórcy wykorzystali czas pandemii – podobnie jak inne teatry – by przypomnieć o sobie w sieci. Dokonali wówczas swoistego podsumowania własnej działalności. W sensie czysto dokumentacyjnym i historycznym dużo szerszą niż Zamroz prezentację dorobku Teatru Porywacze Ciał zapewnia bowiem czteroczęściowy, trwający w sumie trzy i pół godziny dokument Życie i pasja, zrealizowany w 2020 roku i opublikowany w serwisie YouTube. Na materiał ten składają się zarówno wspomnienia obejmujące istnienie Teatru Porywacze Ciał od samych jego początków, datowanych na rok 1992, jak i fragmenty filmowych rejestracji archiwalnych spektakli, w tym legendarnych przedstawień: Psy (1993), Świnie (1995), I love you (1996) i Technologia sukcesu (1998).

To naprawdę znakomity materiał pełen nie tylko barwnych opowieści, ale dający także wyobrażenie na temat twórczej drogi duetu Pawłowska-Adamczyk. Niewątpliwie głównym wyznacznikiem ewolucji Porywaczy Ciał jest ciągła chęć eksperymentu, poszukiwanie nowych form ekspresji i środków aktorskiego wyrazu. Pozostając zawsze tzw. teatrem alternatywnym, twórcy wzbogacali swoje przedstawienia o formy muzyczne i lalkarskie, po roku 2000 do ich repertuaru weszły też przedstawienia plenerowe i monodramy. Porywacze chętnie sięgnęli po język perfomansu (na przykład w More Heart Core z 2009), wcześniej w poszerzonym składzie jeden jedyny raz zabrali się też za sceniczną adaptację literatury (w 2004 roku na scenariusz Tajemnicy złożyły się fragmenty opowiadań Witolda Gombrowicza). Ich ostatnie wspólne przedstawienia to Humanicana z 2017 i o rok późniejsze Zrobie co zechce, w którym wcielili się w ubraną na ludowo parę, humorystycznie odnosząc się (nie tylko) do chłopskiej tematyki.

Gdy do niezmordowanej energii i zmienności tego zespołu dodać szeroko zakrojoną działalność warsztatową (wielu młodszych adeptów teatru wypowiadających się w Życiu i pasji podkreśla talent pedagogiczny duetu), duże poczucie humoru, stanowiące stały element kreacji scenicznej Porywaczy Ciał, oraz specyficzną postawę wobec teatru i świata, okaże się, że mamy do czynienia z teatralnym zjawiskiem przyćmiewającym swym znaczeniem wielu uznanych twórców związanych ze stałymi scenami repertuarowymi. Jednocześnie przyznaję, że sam do takiego wniosku doszedłem dopiero ostatnio – może to kwestia stosunkowo rzadkiej możliwości oglądania przedstawień w wykonaniu Pawłowskiej i Adamczyka? W każdym razie działalność Porywaczy na pewno zasługuje na większą uwagę widzów oraz krytyki tzw. głównego nurtu.

Moment, który dokumentuje Zamroz, niewątpliwie ukazuje zespół z nieco już inną energią – nie znajdziemy tu zadziorności i teatralnej intensywności cechującej niektóre dawniejsze osiągnięcia teatru. Jednak ta nowa odsłona prezentuje się nadal atrakcyjnie, choć w tej chwili punkty ciężkości wydają się spoczywać w innych miejscach. Porywacze nadal eksplorują temat chaotyczności świata, ale ich sceniczna obecność wydaje się teraz bardziej powściągliwa, czasem wręcz wyciszona. Jest to z pewnością oznaka swoistej dojrzałości. Tandemowi z takim doświadczeniem dojrzałość ta nie tylko nie szkodzi, ale też zwyczajnie przystoi.

fot. Zdzisław Orłowski

Zamroz rozpoczyna się i kończy bezpośrednim zwrotem do publiczności. Aktorzy ubrani w zabawne, „kosmiczne” stroje – zapewne nawiązujące do genezy nazwy ich teatru, czyli filmu science-fiction Philipa Kaufmana z 1978 Invasion of the Body Snatchers – z dzwoneczkami w rękach, opisują siebie jako przybyszów z innej galaktyki, którzy tylko chwilowo, na zasadzie „użyczenia”, przybrali swe ziemskie powłoki. Ta odrealniona perspektywa służy oczywiście zbudowaniu metateatralnego przekazu – twórcy wprost dziękują publiczności za to, że towarzyszy im w przedziwnej artystycznej drodze. Wyznają też, że są dzięki niej naprawdę szczęśliwi.

W dalszej części oglądamy ciąg scen zaczerpniętych z wcześniejszych przedstawień Porywaczy Ciał. Scena pozostaje całkowicie pusta, pozbawiona jakiejkolwiek scenografii; Pawłowska i Adamczyk wykorzystują jedynie dwie kulisy, za którymi od czasu do czasu na zmianę znikają. Przez cały spektakl oboje mają na sobie te same, nieco niepoważne kostiumy – między innymi dzięki nim stale wyczuwalny jest charakterystyczny dla tego duetu, nienachalny humor. Humor zapewniają jednak nade wszystko absurdalne sytuacje sceniczne, w których kreowaniu (niemal wyłącznie prostymi aktorskimi środkami) są Porywacze Ciał mistrzami. Formuła spektaklu wymusza częste transformacje odgrywanych postaci. Oglądamy więc aktorów w dziecięcych wcieleniach Balbinki i Ptysia, a za chwilę są już klaunem i wampirem. Część scen prezentowana jest solo, a częste zmiany sytuacji scenicznych sprawiają, że ani przez chwilę nie jest nudno. Urozmaicone są też środki i techniki aktorskie, którymi operują Porywacze Ciał. Czasem wykorzystują głos z teatralnego offu – wówczas ich gra zbliża się do pantomimy. Kiedy indziej otrzymujemy solidną dawkę dramatycznego teatru, z wyrazistą grą świateł, długimi dialogami i zmianami nastrojów. We wszystkich wcieleniach czuć jednak żywioł bezpretensjonalnej teatralnej zabawy – i nie jest to absolutnie uwaga, która ma infantylizować to przedstawienie.

fot. Zdzisław Orłowski

Zwłaszcza że zabawa u Porywaczy Ciał zawsze ma swój rewers, dużo poważniejszą – ciemną, chciałoby się powiedzieć – stronę. Moją uwagę przykuł pewien niespodziewany wspólny rys, wyłaniający się z kolejnych scen pochodzących z osobnych w końcu przedstawień. Chodzi mianowicie o pewien rodzaj bezradności bohatera tego teatru w zderzeniu z rzeczywistością. Co ciekawe, ta krępująca, ale odważnie ukazywana nieporadność zwykle dotyczy postaci kreowanych przez Adamczaka, które są zalęknione, samotne, zdziwaczałe, czasem wręcz na granicy choroby psychicznej.

fot. Zdzisław Orłowski

Taki jest bohater bezskutecznie oczekujący na przesłuchanie z monodramu Very, noszący w walizce zdjęcia z Brucem Lee, taki jest też uczestnik rozmowy w studiu telewizyjnym z Partytur rzeczywistości (nałogowy rozpalacz ognisk „nadjeziornych”) oraz wreszcie mężczyzna biorący udział w warsztatach z rozpoczynania dnia (uczący się trzymać filiżankę z kawą, trenujący uśmiech – „byleby nie za bardzo”…). Kolejne wcielenia Adamczaka ujawniają więc, zwykle rozciągniętą do rozmiarów absurdu, ale nadal przejmującą, bezradność i nieśmiałość nadwrażliwego mężczyzny w coraz bardziej przytłaczającym i niezrozumiałym dla niego świecie. Można wręcz odnieść wrażenie, że w tych scenach objawia nam się kolejne wcielenie Adasia Miauczyńskiego, bohatera serii Marka Koterskiego, nieco tylko mniej sfrustrowane, ale podobnie tragikomiczne.

Postaci kreowane przez Katarzynę Pawłowską wydają się z kolei silniejsze i bardziej zdecydowane. W prezentowanych w spektaklu Zamroz duetach to ona zwykle stara się jakoś postawić na nogi i wesprzeć zdezorientowanego partnera, to ona dyryguje nim i potrząsa, przynajmniej dopóki sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Niemal we wszystkich kolejnych wcieleniach to postać żeńska jest bardziej zadziorna, a także lepiej odnajduje się w rzeczywistości – myśli bardziej trzeźwo i wykazuje się większym zdecydowaniem. Czyżby Porywacze Ciał – świadomie? nieświadomie? – odzwierciedlali tym samym gwałtownie zmieniające się obyczaje i stosunki społeczne między płciami? A może za wszystkim zwyczajnie stoi poczucie humoru?

fot. Zdzisław Orłowski

Tak czy owak jubileuszowy Zamroz jest świadectwem głębokiej teatralnej wrażliwości – oraz wrażliwości na świat w ogóle. Pawłowska i Adamczyk proponują teatr, który jest nieco eskapistyczny, ale nie można go na pewno nazwać zobojętniałym czy hermetycznym. Twórczość sceniczna Porywaczy Ciał stanowi swego rodzaju antidotum na wszechotaczający chaos, którego źródła w ich spektaklach zostają przynajmniej częściowo rozpoznane. Jednym z najbardziej niepokojących powodów narastania chaosu okazuje się sam język – zapętlający się w futurystycznych metaforach, zmierzający w kierunku absurdu, z trudem służący komunikowaniu się. Innym bolesnym tematem wypływającym z przedstawienia jest międzyludzka nieufność – strach przed bliskością i drugim człowiekiem. Teatr okazuje się więc laboratorium, w którym przyglądamy się wspomnianym problemom, a jednocześnie pełni funkcję bezpiecznej przystani. I ta twórcza postawa Porywaczy jest wiarygodna, choćby dlatego, że przypieczętowana wieloletnią wspólną pracą i ciągłym rozwojem.

Wspomniane lęki i ograniczenia związane z kondycją bohaterów powodują, że chciałoby się ich już tylko przytulić. I faktycznie – na końcu spektaklu następuje wymiana serdeczności i uścisków z publicznością. Czy to dziecinne? Nieprofesjonalne? Porywacze Ciał nie wstydzą się dziecięcych emocji, rekwizytów, zabaw i wyobrażeń. Można wręcz powiedzieć, że starają się znaleźć w nich swoje schronienie. Nie należy im w tym przeszkadzać.

fot. Zdzisław Orłowski

Zamroz. Scenariusz, reżyseria i wykonanie: Katarzyna Pawłowska i Maciej Adamczyk; realizacja dźwięku i światła: Maciej Dziaczko. Teatr Porywacze Ciał, w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu, premiera 2 czerwca 2022.