
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część ósma
„Co noc przyniesie, co dzień zabierze„
Głęboka noc nad opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi” oraz cyrkową budą na sflaczałych kołach. Gdzieś zahuka sowa, gdzieś lelek płaczliwie się odezwie…
Drzwi budy otwierają się z głośnym skrzypnięciem i pojawia się w nich zaspana Coco w koszuli nocnej; rozgląda się, ale nic nie widzi, bo ciemno.
COCO (półszeptem): Rico! Riiico! Gdzie jesteś? Riiiiiico!
Coco schodzi po schodkach i szuka Rico.
COCO: Dosyć tych żartów, Rico! Natychmiast wracaj. Nie będę za tobą łaziła po nocy! Słyszysz? Rico! Riiico!
Huknięcie sowy, płacz lelka.
COCO: Noc czarna jak rozpacz. A może rozpacz czarna jak noc? Wszystko się miesza w tej ciemności. Rico!!! Ty draniu, nie zostawiaj mnie tu samej! Mogłam przewidzieć, że ucieknie. Zawsze chciał ode mnie uciec. W głowie mu tylko cyrkówki, tancereczki, akrobatki i te… jak im tam… aktorki! Ja ci dam aktorki, ja ci tam światowe życie, zaraz mi tu wrócisz bo jak nie to… (rozpaczliwie) Rico, nie zostawiaj mnie… słyszysz? Rico…
Rico stoi samotnie gdzieś w szczerym polu, okryty szarym kocem. Patrzy przed siebie, nie widząc zbliżającej się Coco. Z daleka wygląda jak kikut drzewa albo jakiś totem.
RICO: Cicho, kobieto. Nie rób hałasu w tak czarowną noc.
COCO: Co ty wyprawiasz? Dlaczego włóczysz się po ciemku, kiedy ja…
RICO (podnosi palec do ust): Cicho sza, cicho sza, biedna mała Coco.
COCO: Co ci jest?
RICO: Słyszysz?
COCO: Co?
RICO: Nic.
COCO: Nic nie słyszę.
RICO: Właśnie. Więc słuchaj dalej.
COCO: Biedak lunatykuje. Jeszcze mi tego brakowało. Będę musiała go chyba przywiązywać do łóżka.
RICO: Dlaczego ciągle trajkoczesz, kobieto?
COCO: Nie mów do mnie „kobieto”. I wracaj do łóżka. Do rana jeszcze daleko.
RICO: Nie.
COCO: Nie?
RICO: Nie.
COCO: Jak chcesz. Ja idę spać. Tylko nie budź mnie jak się rozmyślisz.
RICO: Rozmyślisz. Przemyślisz. Wymyślisz. Zmyślisz. Myślimy i myślimy, a słońce wschodzi i zachodzi.
COCO: O tej porze nic nie uważam. Chodź w końcu. Rano pogadamy.
RICO: Gadamy i gadamy. A słońce nic sobie z tego nie robi. I ptaki i trawa i drzewa też. Szczególnie drzewa. Jak myślisz dlaczego tu tak mało drzew?
COCO: Nie wiem, Rico.
RICO: Pusta równina. A na niej nasz dziurawy namiot. Namiot na pustyni. Rozumiesz, Coco?
COCO: Nie zawsze było tu tak pusto.
RICO: Ktoś nam wmówił, że zmiany są dobre, a to co trwa, musi się kiedyś skończyć.
COCO: Ja chcę spać, Rico. Nie mam siły na rozmowy istotne.
RICO: Ktoś nam wmówił, że tak po prostu jest i nic z tym nie zrobimy. Nie lubimy drzew, bo przypominają nam stare zapomniane prawdy. Stawiamy namiot na pustyni.
COCO: Nie mogę ciebie tutaj tak zostawić. Noc jest chłodna, a ty… nie wiem już czy to ty, czy ktoś z twojego snu…
RICO: Chodź bliżej, okryjemy się kocem. (z nagłym ożywieniem): Widziałaś? Coś przemknęło, o, tam!
COCO: Niczego nie widziałam. Jesteśmy sami.
RICO: Nie licząc oczu w ciemności. Setki par. Patrzą na nas.
COCO: Ojojoj, może kolacja ci zaszkodziła?
RICO: Stworzenia nocy. Zwierzęta, duchy, demony. Ognie świętego Elma, piekielnice, strzygi i święci Pańscy.
COCO: Rico, proszę cię, nie strasz mnie.
RICO: Przyśniło mi się dzisiaj coś… chcesz wiedzieć co?
COCO: Nieważne, co się śni. Ważne to, że jesteśmy razem. Ty i ja. Pamiętasz jeszcze? Coco i Rico, niezrównany…
RICO: Przestań i posłuchaj. Śniła mi się wieczność. Zobaczyłem wieczność, Coco.
COCO: I jak wyglądała?
RICO: Próbuję sobie przypomnieć… Kiedy mi się śniła, widziałem ją dokładnie, w każdym szczególe…
COCO: Czy ja tam byłam?
RICO: Wszyscy tam byli, i ty, i ja, i cały nasz cyrk. Żonglerzy, linoskoczkowie, akrobaci, połykacze ognia, mimowie…
COCO: A treserzy?
RICO: Był jakiś… o surowym obliczu… nie mogę sobie przypomnieć… Wszystko pod niebotyczną kopułą…
COCO: Skoro był treser, to i zwierzęta musiały być.
RICO: Tylko nasz stary osiołek. Wiesz, ten co padł na jesieni… Przed stanem…
COCO: Przed stanem… Pamiętam, płakałam wtedy bardzo. Miał takie mądre oczy. Całe życie spędził w cyrku.
RICO: Nie znał innego. Zupełnie jak my.
COCO: To nie była wieczność, Rico. Nikt z nas nie może jej śnić.
RICO: Nie psuj wszystkiego, Coco. Kiedy mówię, że wieczność, to wieczność.
COCO: Niech ci będzie. Idziemy.
RICO: Nie, ja tu dziś zostanę. Muszę czuwać. Muszę sobie przypomnieć…
COCO: Każdy ma jakieś sny. Jedne są piękne, drugie… inne. Ale to wciąż tylko sny. Liczy się to, co masz pod stopami.
RICO: Właśnie! Jak mogłem zapomnieć!
COCO: Co znowu?
RICO: On miał twarz Canettiego, a pod nami było nic. Takie ogromne, nieskończone nic.
COCO: Jaki on? Nic nie rozumiem.
RICO: Treser, Coco! Pod naszymi stopami była otchłań bez końca! A mimo to nie czuliśmy strachu! Wszystko nareszcie składa się w całość!
Sowa, lelek.
COCO: Dla mnie nic się nie składa. A raczej przeciwnie. Tracę grunt, Rico.
RICO: Musisz mi opowiedzieć minuta po minucie, co się wtedy stało. Wtedy, gdy on… zniknął.
COCO: Przecież zapił się na śmierć.
RICO: Mówiłem tak, bo byłem zazdrosny. Bo chciałbym tak jak on.
COCO: Lepiej nie chciej.
RICO: Widziałaś jego grób? Gdzie jest?
COCO: Tacy jak on nie mają grobów.
RICO: Więc jednak! Zniknął na oczach gawiedzi! A potem? Co było potem?
COCO: Idę spać.
RICO: Czy on wróci? Coco, czy on wróci?
COCO: Nie wiem, Rico. Nic nie wiem. Był kiedyś ktoś o takim nazwisku, ale go nie ma. Nie. Ma.
RICO: Nieprawda. On jest. Słyszysz? Ciągle się pojawia, choć niewidoczny.
COCO: Jestem…
RICO: Tak, Coco?
COCO: Jestem zmęczona. Chciałabym przespać to wszystko. Obudzić się dopiero kiedy wszystko będzie jasne.
RICO: Musimy czuwać.
Trąby.
RICO: Słyszysz?
COCO: Słyszę noc.
RICO: Rozpalę ognisko. Poczekamy.
COCO: Na co?
RICO: Poczekamy razem, przy ogniu.
COCO: Dobrze, Rico. Jeśli to ci przyniesie ulgę…
Rico zbiera chrust, rozpala ognisko. Drewno trzaska w ogniu.
RICO: On wróci. W końcu nas zauważy i wróci. Na pewno.
COCO: Tak, Rico, na pewno kiedyś wróci. I wszystko będzie takie jak dawniej.
RICO: O nie, Coco. Wszystko będzie takie jak nigdy.
COCO: Niech ci będzie, Rico. Tak mi dobrze… ciepło…
RICO: Śpij, moja mała Coco. Ja będę czuwał.
COCO: Dobrze, Rico…
Coco zasypia. Trzask ogniska, lelek, sowa, trąba. Oddechy śpiących ludzi.
…
Poranek.
Coco budzi się i widzi jak Rico fika koziołki na soczyście zielonej trawie, w słońcu.
RICO: I hop! Hop! Hop!
COCO: Co robisz, wariacie?!
RICO: Szkoda słońca, żeby siedzieć bezczynnie!
COCO: Racja! Słońce nam tego nie wybaczy.
Coco dołącza do Rico. Razem fikają koziołki.
COCO: I hop!
RICO: Hop!
COCO: Uwaga! Salto mortale! Hop!
RICO: Sałata mortadela! Hop!
Śmieją się jak dzieci.
COCO: Nie ma żadnej otchłani! Nie ma otchłani! Czujesz jak pachnie trawa?
Coco wącha trawę.
RICO: Daj spróbować!
Coco i Rico wąchają trawę.
COCO: Mmm! Pycha!
RICO: Magnificat!
Wąchają.
KONIEC CZĘŚCI ÓSMEJ