Jarosław Jakubowski / „CIRCUS MUNDI (W STANIE KWARANTANNY)” – odcinek IX: „W kółeczko”

rys. Miriam H. Spalinski

OSOBY:

COCO

RICO

(para klaunów na wycugu)

Część dziewiąta

W kółeczko

Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.

RICO: Coco…

COCO: Tak, Rico?

RICO: Sprawdzam czy jesteś.

COCO: To dziwne, ale wciąż jestem.

RICO: Masz rację, to bardzo dziwne, że wciąż jesteśmy.

COCO: A może…

RICO: Już się boję…

COCO: Jeszcze nic nie powiedziałam.

RICO: Więc lepiej nic nie mów.

COCO: W ten sposób nie posuniemy się do przodu.

RICO: A po co do przodu, jak można tak jak teraz.

COCO: I zawsze i na wieki wieków.

RICO: No i po co wybiegasz?

COCO: Siedzę przecież.

RICO: To siedź i nie gadaj.

COCO: To ty zacząłeś.

RICO: No tak. Przepraszam. Nie powinienem…

COCO: Coś cię gryzie. Od dawna nie widziałam, żebyś ćwiczył.

RICO: Czuję, że jestem już nieśmieszny.

COCO: Przecież ludzie uwielbiają śmiać się z nieudaczników. Nic tak nie śmieszy jak cudze nieszczęście.

RICO: Uważaj, Coco. Zaczynasz mówić jak dyrektor cyrku.

COCO: Dobrze, zacznijmy jeszcze raz.

RICO: Co?

COCO: Tę rozmowę.

(po pauzie)

RICO: Coco…

COCO: Tak, Rico?

RICO: Mnie się już przestało chcieć.

COCO: Zły początek, Rico. Jeszcze raz.

RICO: To zawsze miało sens tylko z ludźmi i dla ludzi.

COCO: Zawsze podglądaliśmy widownię zza kotary. Rozsiadali się, odwijali lody z papierków, czekali na nas.

RICO: Więc byliśmy im do czegoś potrzebni?

COCO: Nie wiem. Na pewno oni byli potrzebni nam.

RICO: Pamiętasz nasz pierwszy występ?

COCO: Wolałabym zapomnieć.

RICO: Kompletna klapa.

COCO: Nic nie poszło zgodnie z planem.

RICO: A jednak zarykiwali się ze śmiechu.

COCO: Zarykiwali się jakby coś w nich pękło.

RICO: Potrzebowali nas.

COCO: Dostaliśmy angaż.

RICO: Ruszyliśmy w naszą pierwszą wielką trasę.

COCO: Co to były za czasy, Rico…

RICO: Kochaliśmy się w świetle księżyca, pamiętasz?

COCO: Ciii…

RICO: Co?

Bzyczenie muchy.

COCO: Pierwsza w tym roku.

RICO: Wiosną i latem nad zagrodą dla zwierząt zawsze wisiała chmura much. Bzyczały jak oszalałe.

COCO: Były wszędzie. Rano budziły nas swoim bzzz, bzzz, bzzzzzz…

RICO: A zimą było zimno i strasznie marzły nam nogi.

COCO: Występy w szkołach, domach kultury, stara nyska podskakiwała na wybojach.

RICO: Czasem było tyle błota, że musiałem cię nosić.

COCO: I nawet nie było gdzie się umyć, bo wodę wyłączyli.

RICO: I numery psuli nam pijacy. Ty potem zawsze płakałaś i rzucałaś to w diabły.

COCO: A następnego dnia znowu w drodze.

RICO: W końcu przestali nas zapraszać.

COCO: Mieli już wypożyczalnie kaset wideo.

RICO: Anteny satelitarne.

COCO: Przestaliśmy być potrzebni.

Bzyczenie muchy.

RICO: Canetti zmienił wszystko.

COCO: Wyciągnął nas z dna na sam szczyt.

RICO: To był cud.

COCO: Cieszę się, że tak myślisz. Ale to nie był cud. On tylko sprawił, że w siebie uwierzyliśmy.

RICO: Nie w siebie. W niego. Miał w sobie coś z króla.

COCO: Pod każdym względem.

RICO: Co masz na myśli? Zresztą, nie mów. Wiem wszystko.

COCO: Jedno mnie tylko zastanawia. Dlaczego akurat nam kazał pilnować namiotu. Przecież nie byliśmy jego gwiazdami.

RICO: Może przez wzgląd na ciebie?

COCO: Tamto już dawno było skończone. Były inne, młodsze, ładniejsze. A mimo to wybrał nas. Nie rozumiem tego…

RICO: Sentymentalny dureń.

COCO: Czy choć na chwilę nie możesz porzucić swojej urazy?

RICO: Podziwiałem go tak samo jak wszyscy. Kochałem go jak nikt. Oddałbym mu wszystko. Wszystko, tylko nie ciebie, Coco.

COCO: Sam stałeś się sentymentalnym durniem, Rico.

RICO: Może i masz rację. Ale pod tą grą, pod tą naszą czczą gadaniną, jest jeszcze coś prawdziwego.

COCO: Co?

RICO: Życie.

Coco śmieje się perliście.

COCO: To dlaczego w imię tego życia o mnie nie walczyłeś?

RICO: Nie byłem godzien.

COCO: Canetti nie był żadnym królem. Był… kim był, ale miał wiele wad, uwierz mi. Był jednym z nas.

RICO: Nie! Był kimś więcej i dlatego nie mogłem wystąpić przeciw niemu! Poza tym to nie on mi ciebie zabrał, tylko ty poszłaś z nim.

COCO: Bo mi pozwoliłeś!!!

RICO: Ale jakie to było piękne, malownicze cierpienie!

COCO: Nienawidzę cię!

RICO: Nareszcie czułem coś prawdziwego!

COCO: Podły draniu!

RICO: I mogłem bez skrupułów oddać się temu, co wszak zawsze lubiłem – pijaństwu i rozpuście!

COCO: Canetti nienawidził sztuczek i życia. Ciągle powtarzał, że chciałby zniknąć, ale tak naprawdę. Jesteście siebie warci. Tchórze!!!

RICO: Ciszej, Coco, jeszcze ktoś nas usłyszy i będziemy musieli wziąć udział w przedstawieniu.

Po pauzie.

COCO: Odchodzę, Rico.

RICO: Oho, znowu.

COCO: Odchodzę naprawdę.

RICO: Świetnie. Ale zanim odejdziesz, chcę ci coś pokazać.

Rico gdzieś idzie i po chwili wraca.

COCO: Skąd wytrzasnąłeś te jednokółki?

RICO: Zawsze tu były, ale musiałem je odkopać spod zwałów rekwizytów. Wczoraj cały dzień je reperowałem. No i proszę, jak nowe.

COCO: Nie wiem, czy będę umiała…

RICO: Nie dowiemy się dopóki nie spróbujemy. No, wskakuj na siodełko, potrzymam ci. Hop!

COCO: Trzymaj, bo się przewrócę!

RICO: Łap równowagę. O, tak, dobrze! Świetnie ci idzie!

COCO: Jednak nie zapomniałam!

RICO: A widzisz!

Rico też wskakuje na jednokółkę. Jeżdżą wkoło udeptanego placyku przed namiotem.

RICO: Pamiętaj o balansie!

COCO: Po co mi to robisz, Rico? Przecież miałam odejść!

RICO: Jeszcze zdążysz, teraz musimy poćwiczyć! No, w kółeczko! Tak jest, brawo, Coco!

COCO: Szkoda, że nikt nas nie widzi!

RICO: Jak to nikt? Nad nami wielkie oko!

Coco i Rico jeżdżą w kółko pokrzykując wesoło.

Natarczywe bzyczenie much.

KONIEC CZĘŚCI DZIEWIĄTEJ