
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część dziewiąta
W kółeczko
Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
RICO: Coco…
COCO: Tak, Rico?
RICO: Sprawdzam czy jesteś.
COCO: To dziwne, ale wciąż jestem.
RICO: Masz rację, to bardzo dziwne, że wciąż jesteśmy.
COCO: A może…
RICO: Już się boję…
COCO: Jeszcze nic nie powiedziałam.
RICO: Więc lepiej nic nie mów.
COCO: W ten sposób nie posuniemy się do przodu.
RICO: A po co do przodu, jak można tak jak teraz.
COCO: I zawsze i na wieki wieków.
RICO: No i po co wybiegasz?
COCO: Siedzę przecież.
RICO: To siedź i nie gadaj.
COCO: To ty zacząłeś.
RICO: No tak. Przepraszam. Nie powinienem…
COCO: Coś cię gryzie. Od dawna nie widziałam, żebyś ćwiczył.
RICO: Czuję, że jestem już nieśmieszny.
COCO: Przecież ludzie uwielbiają śmiać się z nieudaczników. Nic tak nie śmieszy jak cudze nieszczęście.
RICO: Uważaj, Coco. Zaczynasz mówić jak dyrektor cyrku.
COCO: Dobrze, zacznijmy jeszcze raz.
RICO: Co?
COCO: Tę rozmowę.
(po pauzie)
RICO: Coco…
COCO: Tak, Rico?
RICO: Mnie się już przestało chcieć.
COCO: Zły początek, Rico. Jeszcze raz.
RICO: To zawsze miało sens tylko z ludźmi i dla ludzi.
COCO: Zawsze podglądaliśmy widownię zza kotary. Rozsiadali się, odwijali lody z papierków, czekali na nas.
RICO: Więc byliśmy im do czegoś potrzebni?
COCO: Nie wiem. Na pewno oni byli potrzebni nam.
RICO: Pamiętasz nasz pierwszy występ?
COCO: Wolałabym zapomnieć.
RICO: Kompletna klapa.
COCO: Nic nie poszło zgodnie z planem.
RICO: A jednak zarykiwali się ze śmiechu.
COCO: Zarykiwali się jakby coś w nich pękło.
RICO: Potrzebowali nas.
COCO: Dostaliśmy angaż.
RICO: Ruszyliśmy w naszą pierwszą wielką trasę.
COCO: Co to były za czasy, Rico…
RICO: Kochaliśmy się w świetle księżyca, pamiętasz?
COCO: Ciii…
RICO: Co?
Bzyczenie muchy.
COCO: Pierwsza w tym roku.
RICO: Wiosną i latem nad zagrodą dla zwierząt zawsze wisiała chmura much. Bzyczały jak oszalałe.
COCO: Były wszędzie. Rano budziły nas swoim bzzz, bzzz, bzzzzzz…
RICO: A zimą było zimno i strasznie marzły nam nogi.
COCO: Występy w szkołach, domach kultury, stara nyska podskakiwała na wybojach.
RICO: Czasem było tyle błota, że musiałem cię nosić.
COCO: I nawet nie było gdzie się umyć, bo wodę wyłączyli.
RICO: I numery psuli nam pijacy. Ty potem zawsze płakałaś i rzucałaś to w diabły.
COCO: A następnego dnia znowu w drodze.
RICO: W końcu przestali nas zapraszać.
COCO: Mieli już wypożyczalnie kaset wideo.
RICO: Anteny satelitarne.
COCO: Przestaliśmy być potrzebni.
Bzyczenie muchy.
RICO: Canetti zmienił wszystko.
COCO: Wyciągnął nas z dna na sam szczyt.
RICO: To był cud.
COCO: Cieszę się, że tak myślisz. Ale to nie był cud. On tylko sprawił, że w siebie uwierzyliśmy.
RICO: Nie w siebie. W niego. Miał w sobie coś z króla.
COCO: Pod każdym względem.
RICO: Co masz na myśli? Zresztą, nie mów. Wiem wszystko.
COCO: Jedno mnie tylko zastanawia. Dlaczego akurat nam kazał pilnować namiotu. Przecież nie byliśmy jego gwiazdami.
RICO: Może przez wzgląd na ciebie?
COCO: Tamto już dawno było skończone. Były inne, młodsze, ładniejsze. A mimo to wybrał nas. Nie rozumiem tego…
RICO: Sentymentalny dureń.
COCO: Czy choć na chwilę nie możesz porzucić swojej urazy?
RICO: Podziwiałem go tak samo jak wszyscy. Kochałem go jak nikt. Oddałbym mu wszystko. Wszystko, tylko nie ciebie, Coco.
COCO: Sam stałeś się sentymentalnym durniem, Rico.
RICO: Może i masz rację. Ale pod tą grą, pod tą naszą czczą gadaniną, jest jeszcze coś prawdziwego.
COCO: Co?
RICO: Życie.
Coco śmieje się perliście.
COCO: To dlaczego w imię tego życia o mnie nie walczyłeś?
RICO: Nie byłem godzien.
COCO: Canetti nie był żadnym królem. Był… kim był, ale miał wiele wad, uwierz mi. Był jednym z nas.
RICO: Nie! Był kimś więcej i dlatego nie mogłem wystąpić przeciw niemu! Poza tym to nie on mi ciebie zabrał, tylko ty poszłaś z nim.
COCO: Bo mi pozwoliłeś!!!
RICO: Ale jakie to było piękne, malownicze cierpienie!
COCO: Nienawidzę cię!
RICO: Nareszcie czułem coś prawdziwego!
COCO: Podły draniu!
RICO: I mogłem bez skrupułów oddać się temu, co wszak zawsze lubiłem – pijaństwu i rozpuście!
COCO: Canetti nienawidził sztuczek i życia. Ciągle powtarzał, że chciałby zniknąć, ale tak naprawdę. Jesteście siebie warci. Tchórze!!!
RICO: Ciszej, Coco, jeszcze ktoś nas usłyszy i będziemy musieli wziąć udział w przedstawieniu.
Po pauzie.
COCO: Odchodzę, Rico.
RICO: Oho, znowu.
COCO: Odchodzę naprawdę.
RICO: Świetnie. Ale zanim odejdziesz, chcę ci coś pokazać.
Rico gdzieś idzie i po chwili wraca.
COCO: Skąd wytrzasnąłeś te jednokółki?
RICO: Zawsze tu były, ale musiałem je odkopać spod zwałów rekwizytów. Wczoraj cały dzień je reperowałem. No i proszę, jak nowe.
COCO: Nie wiem, czy będę umiała…
RICO: Nie dowiemy się dopóki nie spróbujemy. No, wskakuj na siodełko, potrzymam ci. Hop!
COCO: Trzymaj, bo się przewrócę!
RICO: Łap równowagę. O, tak, dobrze! Świetnie ci idzie!
COCO: Jednak nie zapomniałam!
RICO: A widzisz!
Rico też wskakuje na jednokółkę. Jeżdżą wkoło udeptanego placyku przed namiotem.
RICO: Pamiętaj o balansie!
COCO: Po co mi to robisz, Rico? Przecież miałam odejść!
RICO: Jeszcze zdążysz, teraz musimy poćwiczyć! No, w kółeczko! Tak jest, brawo, Coco!
COCO: Szkoda, że nikt nas nie widzi!
RICO: Jak to nikt? Nad nami wielkie oko!
Coco i Rico jeżdżą w kółko pokrzykując wesoło.
Natarczywe bzyczenie much.
KONIEC CZĘŚCI DZIEWIĄTEJ