
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część piętnasta
Dym
Coco i Rico przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
COCO: Rico, obiad!
Rico piłuje drewno, potem wbija młotkiem gwóźdź.
RICO: Zaraz, muszę to dokończyć.
COCO: Dokończysz później. Chodź, zupa ci wystygnie.
RICO: Idę, idę. (po chwili) Co tu tak śmierdzi? Przypaliłaś?
COCO: Niczego nie przypaliłam. Patrz, tam jest jakiś dym.
RICO: Gdzie? A, tam. Dużo tego dymu.
COCO: Jaki czarny i gęsty. No, chodźmy już.
RICO: Pozwól mi zjeść tu. Wolałbym mieć go na oku.
COCO: Jak chcesz.
Rico idzie do budy po zupę. Zaczyna jeść.
RICO: Ciekawe skąd ten dym… Przecież wkoło niczego nie ma.
Rico nawet nie zauważa, że dosiada się do niego Coco ze swoim talerzem zupy.
COCO: Jakby coraz go więcej.
Oboje jedzą rozmawiając.
RICO: Też wolisz go mieć na oku.
Kaszle.
COCO: Jakoś mi dziwnie samej w budzie.
Kaszle.
RICO: Ale skąd ten dym…
COCO: Zaraz nas całkiem przykryje.
Kaszle.
RICO: Coraz bardziej cuchnie. Jakby trawa… ale więcej jakby spalone szmaty, opony, śmieci.
COCO: No, coś takiego… (kaszle) I jeszcze jakby folia.
RICO: Tak, plastik. O, plastik daje czarny, gęsty, (kaszle) tłusty dym. Tam się gdzieś musi palić to wszystko.
COCO: Nie mogę, no, nie mogę…
Bardzo kaszle.
RICO: Trzeba by jakieś maseczki czy coś…
COCO: Trzeba by, trzeba by, a wiesz ty chociaż gdzie co szukać?
RICO: Ten dym to już jak grzyb atomowy…
Bardzo kaszle.
COCO: Czekaj, czekaj, gdzieś miałam te nasze chusty cośmy je kupili na festiwalu w Konstancy.
Coco idzie do budy poszukać chust.
RICO: To my byliśmy w Konstancy?
COCO (z wnętrza budy): W Mamai też byliśmy.
RICO: Niemożliwe. Nie powiesz chyba, że i (kaszle) w Burgas stopy nasze stanęły?
COCO: W Burgas i w Budvie.
RICO: Jak powiesz, że i Dubrownik nasze oczy widziały, to chyba (kaszle) zemdleję.
COCO: Mdlij, bo Dubrownik też był świadkiem naszej młodości.
RICO: Boże najmilejszy. Tośmy nieźle się najeździli.
COCO: No, nareszcie znalazłam! Zakładaj! To świństwo zaraz nas (kaszle) udusi.
Coco wraca do Rico. Zakładają chusty na twarze.
COCO: A co ty taki zdziwiony? Przecież prowadziliśmy światowe życie.
RICO: Jakoś mi wyleciało z głowy.
COCO: Bo ty głowę miałeś wypełnioną bąbelkami szampana. I gonieniem za króliczkiem. Hyc, hyc, hyc…
RICO: Światowe życie, proszę, proszę. Jak to jednak miło sobie przypomnieć to, co się zapomniało! A jakże my teraz będziemy jeść?
COCO: Hmmm, może jednak chodźmy do budy.
RICO: Nie, jakoś sobie poradzimy. (prezentuje jak sobie radzi) Łyżka do buzi, chusta w dół, łyżka do talerza, chusta w górę. No, spróbuj, to proste.
COCO: Łyżka w górę, chusta do talerza… Nie, czekaj…
RICO: Ojej, upaćkałaś się.
COCO: Wszystko mi się myli. Nie, ja już tego dłużej nie wytrzymam. To trzeba gdzieś zgłosić.
RICO: Już to robię. Halo, panie rządzie światowy! My w sprawie dymu, co nam w płuca włazi! Weź pan coś z nim zrób! Halo, słyszy mnie pan, panie światowy rządzie? Nie odpowiada.
COCO: Jasne, jak trzeba coś zrobić, to najlepiej wszystko obrócić w żart.
RICO: Jasne, że w żart. A co innego mogę?
COCO: Zadzwonić… zapomniałam, że nie mamy zasięgu… to iść tam, skąd dym do nas idzie. Coś zrobić, Rico.
RICO: Nie będę cię zostawiał z powodu dymu, Coco. Zresztą, popatrz, jak ładnie się kłębi. Jak na jakimś dawnym obrazie. (kaszle)
COCO (kaszląc): I strasznie gryzie… w gardło…
RICO: W sumie aż tak bardzo nie przeszkadza, kiedy się płytko oddycha.
COCO: To grozi niedotlenieniem i powolną utratą funkcji życiowych. Czyli…
RICO: Kiedy nie jest tak źle. Jak się na to spojrzy z punktu widzenia dwójki klaunów na wycugu pilnujących nikomu niepotrzebnego namiotu, to jest wcale nieźle! Ten zapach przypomina mi dym ogniska na polu, kiedym za młodu na wykopki jeździł. Albo w lesie nad jeziorem, kiedym kiełbasę nad ogniem trzymał skautem będąc.
COCO: Ty nie byłeś skautem.
RICO: Ale mogłem być. Na wykopki też mogłem jeździć. Wszystko mogłem, jak się na to spojrzy z punktu widzenia kogoś, kto nic nie może, to było całkiem fantastycznie.
COCO: Przestań bajać, tylko zrób coś z tym piekielnym smrodem.
RICO: Ach, ty niedowiarku, dla ciebie to smród, a dla mnie (kaszląc, zanosząc się kaszlem) a dla mnie to zmetamorfizowany los. Szołochowa pamiętasz?
COCO: Kogo?
RICO: Tego co rzucał nożami w kręcące się koło, do którego przywiązana była jego żona.
COCO: Luboczka. Kiedyś cisnął w sam środek koła, ale na szczęście było już tak zmurszałe, że zanim nóż dosięgnął Luboczki, rozpadło się, Luboczka zleciała na arenę i tak uszła z życiem.
RICO: Masz pamięć do szczegółów, Coco. Ja pamiętam tylko, jak Szołochow, przekonany że trafił w Luboczkę, próbował sobie wbić nóż w serce, ale zapomniał że miał na sobie gorset. Gorset też był zużyty, ale na szczęście solidny.
COCO: Zobacz, chmura wygląda jak (kaszle) twarz…
RICO: Może… ale… czyja to twarz?
COCO: Już się rozmazała…
Coco kaszle, Rico kaszle. Zrywa się wiatr.
RICO: Wieje!
COCO: Kędy chce!
Zdejmują chusty i oddychają pełną piersią.
COCO: A co ty w ogóle tam klecisz?
RICO: A karmnik dla ptaków.
COCO: Przecież tu nie ma ptaków.
RICO: Kędy chce, Coco… kędy chce. Nasypię im trochę chleba i będę czekał.
KONIEC CZĘŚCI PIĘTNASTEJ