
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Część siedemnasta
ŻYCIE ROŚLIN
Coco i Rico przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
RICO: Wiesz co, Coco?
COCO: Tak, Rico?
RICO: Spojrzałem dziś w lustro na moją twarz.
COCO: Tak? I co zobaczyłeś?
RICO: Starzeję się.
COCO: To naturalne, Rico, każdy się starzeje.
RICO: Starzenie się jest jednak przykre.
COCO: A co ja mam powiedzieć?
RICO: Dla mnie wciąż jesteś młoda i śliczna.
COCO: Tylko tak mówisz. Dla kobiety starzenie się jest czym innym niż dla mężczyzny.
RICO: To znaczy?
COCO: Mężczyźnie nawet przystoją zmarszczki i siwe włosy, ale siwe włosy i zmarszczki u kobiety są już niewybaczalne.
RICO: Kto tak powiedział?
COCO: Ja! Wszyscy!
RICO: Nie przejmuj się tak, to tylko obiegowa opinia. Jak to się mówi, stereotyp.
COCO: Stereotyp! A co ty o tym wiesz? Raz kiedyś przyjrzałeś się sobie w lustrze i westchnąłeś: „starzenie się jest przykre”, a kobieta widzi to cały czas, rozumiesz?
RICO: Umówmy się, że starzenie jest przykre i skończmy ten temat.
COCO: Nie trzeba było zaczynać. A jak ja tu mam o siebie dbać… w tym… z tymi… przecież ja tu zestarzeję się szybciej niż te roślinki moje kochane…
RICO: Coco, proszę, nie smuć się. Przecież dbamy o siebie. Dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu, dużo się ruszamy, utrzymujemy w ruchu nasze głowy… no wiesz, to znaczy…
COCO: Od myślenia tylko przybywa siwych włosów.
RICO: Na szczęście zdążyłem wyłysieć przed osiwieniem.
COCO: To ma być śmieszne?
RICO: A nie jest?
COCO: Nie wiem. Może trochę. Chodziło mi o coś innego. Żeby ktoś się mną zaopiekował tak… całościowo. Żebym znowu poczuła się młoda.
RICO: Uważasz, że ja się tobą nie opiekuję… całościowo?
COCO: Starasz się, ale nie masz kwalifikacji, a przede wszystkim nie masz salonu masażu, salonu kosmetycznego, salonu fryzjerskiego, jacuzzi i spa.
RICO: Mamy salonik w naszej pięknej budzie.
COCO: Och Rico, dlaczego ty musisz ciągle błaznować…
RICO: Nie muszę. Umiem też oznaczać rośliny.
COCO: A ten znowu coś wymyślił. Nie nadążam za tobą, Rico.
RICO: I dlatego wciąż jesteś młoda i śliczna.
COCO: Terefere kuku.
RICO: O, na przykład… na przykład ta. Widzisz te małe, maleńkie białe kwiatki?
COCO: Wyglądają jak gwiazdki.
RICO: I nazywają się „gwiazdnica wielokwiatowa”.
COCO: Logicznie. I pięknie.
RICO: Właśnie. W przyrodzie wszystko jest logiczne i wszystko jest piękne. Czy to nie wspaniałe?
COCO: A tamto? To żółte, takie jakby świeczniki z łodyg, z kędziorkami żółtych kwiatuszków na końcach? Czy to świecznik żółteczko?
RICO: No nie, to akurat stulisz lekarski.
COCO: Stulisz… lekarski. To pewnie coś leczy.
RICO: Stulisz jest akurat trujący.
COCO: To dlaczego lekarski?
RICO: Bo działa wzmacniająco na serce i żołądek
COCO: Dziwne.
RICO: Ale ja i tak niczego nie zrywam. Pozwalam żeby rosło od początku do samego końca.
COCO: Ale nie rośnie do samego końca, bo gdzieś w połowie przestaje rosnąć i odtąd już obumiera.
RICO: Zmienia się, Coco. Zmienia się i żyje. Do samego końca. Zanim ujrzymy te wybujałe świeczniki z żółtymi płomykami, to najpierw z ziemi wychodzą drobne pędy, z których rozwijają się listki, a potem w górę idzie łodyga z zawiązkami kwiatów. I tak sobie rośnie, rośnie, nabiera mocy, zawiązki pękają i ukazują się małe jeszcze, ledwie widoczne kwiatki. Aż pewnego dnia na szczycie łodygi pyszni się wielki płonący kandelabr. A na początku był tak niepozorny, że można go zadeptać i nawet nie zauważyć.
COCO: Świeczki się wypalają. Płomień wygasa. Zostają suche knotki na szczycie kandelabru, który sobie buja na wietrze i nie bardzo wie, po co i dlaczego, ani dla kogo. I tak sobie buja i schnie, dzień za dniem, aż staje się suchym, trzeszczącym badylem. Niepodobnym do niczego.
RICO: Tak to już jest, Coco.
COCO: Szkoda, że nie można nic z tym zrobić.
RICO: A po co? To się robi samo. Następnego roku znowu z ziemi wychodzą młode pędy, wyrastają łodyżki, zawiązki kwiatów i…
COCO: I znowu kwitną i więdną. To jakieś szaleństwo.
RICO: Zależy jak się na to spojrzy.
COCO: Przecież to nie jest ten sam… jak mu tam…
RICO: Stulisz lekarski.
COCO: Właśnie. Stulisz. Tylko jakiś inny. Tamten już umarł i go nie ma. Następny też zniknie bezpowrotnie. Całkiem jak my.
RICO: Nieprawda. My nie znikniemy i nie bezpowrotnie.
COCO: Och Rico, ja też bym chciała, żeby było inaczej, ale po co wierzyć w bajki?
RICO: Nie mów tak. Nigdy tak do mnie nie mów.
COCO: Dobrze. Już nie będę. Chcesz powiedzieć, że kiedyś tu wrócimy, tak?
RICO: Nie wiem. To znaczy nie wiem, czy tu, czy to będziemy my, czy jakieś nasze podobizny…
COCO: Słuchaj, Rico, wiem co chcesz powiedzieć, ale pozwól mi patrzeć na to inaczej.
RICO: Nasze rośliny bardzo często mają w nazwach „zwyczajny” albo „pospolity”. Jakby ich istnienie było zwyczajne i pospolite, ale ja się z tym nie zgadzam. Każdej nadałbym przydomek „wspaniała” albo „stulistna” albo najlepiej „królewska”. Nie dlatego, że już się nie powtórzy, tylko dlatego że każdą przenika Duch. Wszystko, wszystko przenika Duch.
COCO: Soki, Rico, soki, sole mineralne, a na końcu popiół.
RICO: Popiół też jest Duchem przeniknięty, moja najmilsza Coco.
COCO: Wszystko jest takie… różne. Różnorodne, różniste, różniące się. Nawet róże, każdy kwiat niby taki sam, a jednak inny, inne ułożenie płatków, nieznaczne różnice w wywinięciu kielicha.
RICO: A zwykła trawa? Przecież to nawet nie jest trawa, tylko kostrzewa olbrzymia albo wiechlina zwyczajna. Zwyczajna choć niezwykła. I wszystko wie, kiedy ma wysunąć kiełki z ziemi, kiedy zakwitnąć i zaowocować nasieniem, które da życie następnemu pokoleniu. Boże mój, jaki mózg musiał to wszystko obmyśleć!
COCO: Obmyśleć to jeszcze nic. Ale stworzyć! Zrobić tak, żeby z myśli stało się… to wszystko.
RICO: Jedno się tylko nie udało. Starość.
COCO: Wiesz co, Rico?
RICO: Tak, Coco?
COCO: Chodźmy na spacer. Pokażesz mi trochę roślinek.
RICO: Bardzo chętnie. Właśnie miałem ci to samo zaproponować. Teraz powinien zacząć pokazywać się łubin.
COCO: Pospolity czy zwyczajny?
RICO: Trwały.
COCO: O, ta nazwa mi się podoba!
RICO: Po przekwitnięciu można go ściąć i zakwitnie znowu na jesieni.
COCO: Nie mogę się doczekać, aż go zobaczę.
RICO: Chcesz, to weźmiemy koc i posłuchamy sobie jak rośnie łubin?
COCO: Posłuchamy, Rico! Tylko musimy być bardzo cicho.
RICO: Jak makiem zasiał. A właśnie, pokażę ci piękne stanowisko maków polnych! Zaraz obok rośnie jaskier ostry.
COCO: Nie wiedziałem, że jesteś botanikiem, Rico.
RICO: Bo nie jestem. Ja tylko lubię jak wszystko ma swoją nazwę.
COCO: Może wtedy trudniej przeminąć.
RICO: Może…
Coco i Rico idą na spacer, słychać jak rośnie trawa i cała reszta, i jak z pękających kłosów strzelają nasionka. W wszystko przeniknięte Duchem tak, że ani igły nie wciśniesz.
KONIEC CZĘŚCI SIEDEMNASTEJ