
Bardzo lubię publiczne czytania sztuk. Tekst, aby zaistniał dobrze na czytaniu musi być dobrze napisany. Ten banał jest tylko pozorny. Ostatnio byłam na jednym czytaniu i tam ktoś właśnie powiedział ciekawą rzecz, mianowicie, że coraz częściej czytania nowych dramatów się nie udają, nawet tych nagradzanych, ponieważ tekst jest napisany dla reżysera, i bez inscenizacji praktycznie nie jest w stanie przekazać podstawowych relacji, napięć, itd.
Pamiętam te czasy, gdy zaczęła wchodzić ta narracja, że autor musi pisać dla teatru, w oparciu o realne myślenie sceną, i teksty powstające przy biurku nie rozumieją tej specyfiki. Było to jak najbardziej słuszne, i powoływanie się w tym wypadku na Shakespeare’a czy złoty wiek hiszpański, gdy autorzy byli blisko teatru, to twierdzenie uprawomocnia i uzasadnia. Jednak, jak to zwykle bywa, doszło do przegięcia w drugą stronę. Jak widać, ta „bezlitosna karuzela” czasu, na którą powołał się ostatnio Patryk Kencki, przy okazji jednodniowej zimy w Warszawie, cytując słowa piosenki Salvatore Adamo („Mais tombe la neige, Impassible manège. La la la la la la la la la la la la… „) zakręciła się tak szybko w dramaturgii, że niektórzy aż powypadali.
W Laboratorium Dramatu odbywały się (i nadal odbywają w Teatrze Dramatycznym) czytania co tydzień. Brałam w nich przez pięć lat udział jako organizator i wysłuchałam bardzo wielu sztuk, zarówno nowych, jak i starych, pisanych przed wiekami. Mieliśmy różne idące równolegle cykle, ale też na przykład Triduum Hiszpańskie, podczas którego przeczytane zostały trzy dramaty hiszpańskie, z trzech różnych epok. Czytania te bowiem miały za cel nie tylko prezentację tekstu, ale też wprowadzenie nowego spojrzenia na dawne dramaty. Moim ukochanym cyklem była Toksyczna Rodzina Antyczna – za ten tytuł byliśmy niejednokrotnie atakowani – teraz jednak takie podejście do tragedii antycznej jest wręcz obowiązujące.
Jestem wdzięcznym czytelnikiem dramatu być może z powodu wykształcenia. Gdy byłam w klasie maturalnej poznałam Kalinę Zalewską, wówczas Dąbkowską, która była wtedy studentką WoTu na PWST w Warszawie. Zwierzyłam się jej, że właśnie tam planuję zdawać, „ponieważ interesuję się teatrem”. Kalina wtedy powiedziała: „Fajnie, ale nie wiem, co będzie z naszym wydziałem”. Był rok 1982. Moja matura przypadła na 1983, i był to rok, w którym zamknięto nabór na Wiedzę o Teatrze na warszawskiej PWST, w ramach restrykcji za działalność jego wykładowców i studentów. Stwierdziłam wtedy, że Bóg nie chciał żebym się zajmowała teatrem i złożyłam dokumenty na Resocjalizację na UW, jako że drugą po teatrze pasją, również odziedziczoną po babci od strony ojca, była pasja społecznikowska. Jednakowoż moja wychowawczyni, a równocześnie „pani od polskiego”, zadzwoniła do moich rodziców, a oni poprosili moją siostrę, by wycofała te dokumenty i zaniosła na polonistykę UW. I tak zostałam polonistą. Mój rok był ciekawy, bo wśród współdruhów była Monika Jaruzelska, Agata Młynarska, Mariusz Janicki, no i Rafał Ziemkiewicz, z którym byłam w grupie. Pisałam pracę magisterską w Katedrze Kultury u prof. Zbigniewa Osińskiego. Przedłużyłam studia o rok po absolutorium (mogłam to zrobić, bo zostałam zmuszona do urlopu zdrowotnego), i dzięki temu chodziłam rok dłużej na seminarium magisterskie. Seminarium prof. Osińskiego było prawdziwie inspirujące i wręcz ekscytujące, choć też i – nie powiem – stresujące. Cały ten rok, co tydzień, referowałam fragmenty O technice aktora Michaiła Czechowa, które na potrzeby seminarium tłumaczyłam z oryginału. Takie to były czasy.
W każdym razie polonistyczna dusza we mnie została, i mimo że zaraz po studiach pracowałam już zawsze w związku z teatrem, że tak powiem, to jednak czytać sztuki, i słuchać ich, bardzo lubię.
No i podreptałam ostatnio na Sandomierską, na czytanie sztuki Jarosława Jakubowskiego Kosmonauci. Sztukę znałam skądinąd, ale ciekawiło mnie, jak to zabrzmi. Czytanie odbyło się w restauracji „Brawo! Bis! Zakątek Sztuki”, która ma w piwnicy małą salkę z podium scenicznym. Jest to bardzo ładnie i funkcjonalnie urządzone wnętrze. Sztuka – traktująca o czwórce osób w kosmosie, ale tak naprawdę o naszym momencie cywilizacyjnym – była przygotowana przez grupę „Teatr z Dostawą”, i wyreżyserowana przez Sebastiana Konrada, on też czytał jedną rolę. Pozostałe postaci czytali Edyta Torhan, Małgorzata Maślanka i Dariusz Biskupski. Głos narratora i komputera pokładowego, powtarzającego: „Zawróć, jeśli to możliwe!”, odtwarzał, siedzący przy specjalnym stoliczku, Mirosław Utta, legendarny lektor. Podczas jego kwestii niektórzy zamykali oczy, by napawać się niezwykłym tembrem głosu Pana Utty, jak również, by poczuć ten nastrój z dzieciństwa lub młodości („bezlitosna karuzela, la, la, la”), gdy głos Pana Utty słyszało się w telewizji. Po czytaniu aktorzy i autor siedzieli długo z nami, widzami, dopóki nie wygasły ostatnie pytania. Odbyła się niesłychanie żywa dyskusja, podczas której ludzie z widowni mieli ciekawe refleksje i uwagi, jak również aktorzy mówili o swojej pracy nad tym tekstem. Najbardziej zachwyciła mnie informacja, że podczas prób stwierdzili, iż te cztery postaci, każda z osobna, uosabiają cztery cechy człowieka: inteligencję, uczuciowość, zmysłowość i władzę. Takie spojrzenie aktorów na postać jest dla osoby spoza teatru wręcz bezcenne, bo mimo obróbki w LD, dla mnie sztuka Jakubowskiego była wciąż przede wszystkim przekazem filozoficznym, diagnozą społeczną.
Wyszłam z czytania nadzwyczajnie wprost usatysfakcjonowana, i mam zamiar zawsze chodzić na czytania w tym miejscu. Moja radość i przyjemność była tym większa, że dzień wcześniej byłam na czytaniu, co najmniej równie dobrej sztuki, jak ta Jakubowskiego, ale reżyser po czytaniu całkowicie się od niej i autora odciął. Autor przyjął to ze spokojem i zrozumieniem, a nawet z sympatią, bo czytanie było dobrze wyreżyserowane, mimo tych idiosynkrazji reżysera, a to zawsze dla autora najważniejsze. Ale dla mnie to było dziwne. Tym bardziej, że uczestniczyłam w kilkuset już chyba czytaniach, i nigdy czegoś takiego nie widziałam. Wygląda na to, że „bezlitosna karuzela” czasu, jest niczym przy bezlitosności innych „karuzel”.