Jak nie wiadomo od czego, najlepiej zacząć od Hamleta. I dotyczy to nie tylko felietonów. Zwiedzających rocznicową wystawę „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” w warszawskim Muzeum Narodowym witał zawieszony centralnie w pierwszej sali obraz Jacka Malczewskiego Hamlet polski – namalowany w 1903 roku symboliczny portret Aleksandra Wielopolskiego „młodszego”. Wnuk margrabiego Aleksandra, w 1863 roku obciążonego brzemieniem zdrady narodowej, sam człowiek bez znaczenia, malarz-amator, opasany myśliwską, quasi-powstańczą ładownicą z wciśniętymi zamiast nabojów tubkami farb, ma oto dokonać hamletycznego wyboru: „być albo nie być”. Wyboru między dwiema wizyjnymi postaciami, między Polonią skutą kajdanami, postarzałą tak, że w istocie martwą, w trupiożółtej tonacji, a młodą, niemal nagą, pełną życia Polonią rwącą kajdany, dynamiczną i białoczerwoną. Zatem nie między przeszłością a przyszłością, jak się w uproszczeniu pisuje, lecz pomiędzy jakże realną dla Malczewskiego teraźniejszością zniewolenia a jutrzenką wyzwolenia i swobody, uwarunkowaną wolą czynu. Ale „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” polski Hamlet do takiego, wydawałoby się, oczywistego, wyboru nie jest zdolny, skoro wpatrzony w kwiat margerytki zabiera się do wróżenia z jej płatków. „Być albo nie być” przecieka mu między palcami, zmieniając się w bezsilne, ckliwe „kocha, nie kocha”. Przegrał, nim pierwszy płatek spadnie na ziemię. To obawa i przestroga artysty, wyraźnie korespondująca z Wyzwoleniem Stanisława Wyspiańskiego, napisanym na krótko przed powstaniem obrazu. W niespełna dwa lata później zrodzi się Studium o Hamlecie, w którym Wyspiański sformułuje dyrektywę naczelną, niezmiennie obowiązującą: „W Polsce zagadką Hamleta jest to: co jest w Polsce – do myślenia”. Ale też doda niezwłocznie: „niech uszanowaną będzie tradycja tej tragedii”. Bez tradycji niemożliwe jest twórcze myślenie. Można co najwyżej wcisnąć farby do ładownicy i rozejrzeć się za margerytką (nazwa botaniczna: jastrun właściwy).
Polscy aktorzy od ponad dwustu lat (9 kwietnia będzie okrągła 221. rocznica) grają Hamleta, gdzie się da i jak potrafią, od Odry po Dniepr. Około roku 1825 jakaś wędrowna kompania zatrzymała się w Humaniu, na dalekich Kresach zabranych przez Rosję – i „w teatrze ze stajni naprędce sporządzonym” postanowiła przedstawić arcydzieło. Rezultat jeszcze pół wieku później pamiętał pisarz Juliusz Strutyński (publikujący jako Berlicz Sas) i uwiecznił dla potomnych we wspomnieniach:
„Scena była wyłożona deskami nieszczelnie do siebie przystającymi i tak niedbale przybitymi, że za każdym krokiem aktorów podnosiły się i opadały, gdyby klawisze olbrzymiej jakiejś klawiatury. Kilka lamp łojowych i tyleż żydowskich szabasówek do wydrążonych buraków powtykanych, stanowiły oświecenie teatru. […] A dekoracje! A kostiumy! Dwa brudne parawany wyobrażały apartament królewskiego zamku.
Sam królewicz Hamlet paradował w starym szlafroku, z długą fajką w ręku – a kiedy deklamował głosem Stentora sławny monolog „Be? Or not to be?”, puszczał zawzięcie gęste kłęby dymu dla nadania sobie fantazji. Ofelia godną była Hamleta, kloc nieociosany harmonizował z takimże klocem – a krzyku, tupania, komicznych kontorsyi było bez liku. Naśmieliśmy się do woli, z czego pan Tadeusz Sarnecki zakonkludował arcylogicznie, że zły teatr lepszy od miernego, bo więcej zabawi.” (Berlicz Sas, Kalejdoskop. Obrazy czasów i ludzi, „Świt” 1872 nr 3, s. 31.)
Panu Sarneckiemu możemy wierzyć, był to bowiem poważny obywatel, właściciel Czarnokoziniec na Podolu i kamieniecki marszałek szlachty. Nie narzekajmy więc na obejrzane wczoraj przedstawienie, bo musieliśmy tylko wyjść z domu i ewentualnie przejechać parę przystanków, a nie tłuc się kilkadziesiąt polskich mil błotnistym kresowym traktem. Niech ryczy z bólu ranny łoś! My pamiętamy również innego autora:
Wszystkie łosie mają w nosie,
Żubr popłakał się jak bóbr,
Z dzika także wyszło prosię,
Chór padalców w roli kóbr.
Czego i Państwu życzę
Jarosław Komorowski

Ilość archiwalnych wpisów: 168