To co wyprawiają niektórzy, pożal się Boże, artyści, by zyskać poklask publiczności, to jest – nie owijając w bawełnę – kompletne zezwierzęcenie. Onegdaj, w karnawale 1854 roku z Kijowa przez Lublin przybył do Warszawy pan Casanova (o zakład, że to pseudonim) z zespołem tresowanych zwierząt, pokazujących spektakle niemal teatralne. Występy, odbywające się w szopie, specjalnie zbudowanej na Nalewkach, wzbudziły żywe zainteresowanie. Poważny skądinąd „Kurier Warszawski” nie tylko poświęcił im wiele miejsca, ale jeszcze przy okazji zamieścił szkic o dawniejszych widowiskach podobnego autoramentu:
„Co rok w miesiącach letnich pojawiają się […] na ulicach Warszawy psy, małpy i inne wyuczone zwierzęta, okazywane dla zabawy publiczności, formującej w dziedzińcach na widowiska tego rodzaju improwizowany amfiteatr. Arlekin, Kolombina, Pajazzo, z czworonogów na te charaktery przerobieni, przedstawiają główne role, woltyżując na pudlach albo wykonywając sztuki łamane na deszczułce lub drabince. Dla tych sztukmistrzów […] dość trochę cieplejszej atmosfery, nieba pogodnego, kilku wytartych różnobarwnych gałganków, z dziesięciu ulicznych spektatorów, opłacających co łaska, i nic więcej!
Ale od czasu do czasu nadciągają do Warszawy wyższego rzędu powyższej kategorii talenta. […] Dla nich to budują szopy, urządzają widownie, stanowią ceny stałe. Takie wyuczone gromadki, rzadkie swego rodzaju meteory, ukazują się nie co rok; o ile pamięcią sięgnąć możemy, było ich dwie głównych w Warszawie. Jedna przed laty 30-tu dawała przedstawienia w budzie umyślnie na to wystawionej w dziedzińcu domu dawniej Teppera [ul Długa 38/40]; druga w podobnej konstrukcji na Nalewkach. Oprócz tego z pojedynczych talentów czworonożnych miały honor występować w budach: wyuczony osioł, lat temu trzydzieści kilka, na placu, gdzie była Brama Nowomiejska [ul. Freta], i pies savant, Fido Munito, w dziedzińcu dawniej posesji Szymanowskiego (gdzie dziś wspaniały gmach Grodzickiego) [Krakowskie Przedmieście 7]. W swoim czasie powiemy, czy czworonożni sztukmistrze p. Casanovy warci są dobrze jeszcze w pamięci Warszawian będących: Musie Żan (Jean), małpy woltyżującej na pudlu, i małego czarnego konika, co niedyskretnie zgadywał wiek płci pięknej, liczył godziny dnia, dnie miesiąca i miesiące roku” (1854 nr 26).
Osioł, psy, małpy, dobrze, że nie świnie… I to przy Długiej, gdzie tyle zasłużonych instytucji! Szczegółów prezentacji podopiecznych rzekomego Casanovy „Kurierek” też nam nie oszczędził: „Przedstawiają nawet komedie” – pisał z niepojętym zadowoleniem:
„W jednej z takich komedii Wielki Pawian występuje w roli Koko; Malbruk przedstawia Mad. Batawię. Są także garsony i kuchareczki, których przyjmują na siebie silny Mandryl i mały Magot, a co najważniejsze, że są i poeci, których, jak np. Gudrywudrego, pokazuje Leśny Diabeł” (nr 28).
Potem podano, że zespół „składa się z 9ciu małych koni szkockich, 30 małp, 35 psów i jednej kozy” (nr 30). Wreszcie ogłoszony został na niedzielę 7 lutego program inauguracyjnego spektaklu:
„okażą nam jutro biesiadę, w której między innymi Sir Koko i Madame Batawia czynny udział przyjmą. Widowisko to zakończone będzie szturmem i zdobyciem fortecy Saida, a to przez czworonożną mamelucką jazdę” (nr 46).
Powodzenie – przy przepełnionej widowni – było rzecz jasna ogromne, gdy bowiem rozum śpi, budzą się w nas zwierzęta:
„Co też tam było krzyku i wrzawy, śmiechu i oklasków, już to dla Sir Koka, już dla Gudrego (poety), już wreszcie dla pań Pompadour i Batawii, nie wyłączając […] uczonej kozy Esmeraldy […] Były niekiedy chwile, w których można było się zapomnieć i te prawdziwe małpy wziąć za zupełnie inne stworzenia” (nr 48).
Ciekawe zaiste, za kogo można by wziąć rozentuzjazmowaną publiczność, która wolała małpiarzy, niż przyzwoitą rozrywkę w Teatrze Wielkim (Katarzyna, córka bandyty) lub w Rozmaitościach (Mąż na wsi).
Czego i Państwu życzę
Jarosław Komorowski
Ilość odsłon archiwalnych: 92