Kalina Zalewska / TRZECIA DROGA

Dla teatromanów co najmniej od dekady jest jasne, że Wojciech Kościelniak to wyjątkowo utalentowany twórca, który konsekwentnie podąża własną drogą. Udowodnił i systematycznie udowadnia, że dobrą literaturę można wystawiać w teatrze muzycznym, nie gubiąc jej walorów. Zamiast kupować zachodnie licencje i raczyć nas polskimi wersjami światowych musicali, jak to na ogół czyni Wojciech Kępczyński w warszawskiej Romie, Kościelniak penetruje mity europejskiej i polskiej kultury na własną rękę. Pisze (sam albo z Piotrem Dziubkiem) adaptacje czołowych powieści i, pracując z wypróbowanym zespołem realizatorów, przenosi je na sceny wrocławskiego Capitolu, Teatru Baduszkowej w Gdyni, krakowskiego Słowackiego, wreszcie stołecznej Syreny.

Jeszcze dziesięć lat temu zdawało się, że musical nie zdoła oddać finezji i komplikacji wielkiej literatury, nie znajdzie stosownych środków wyrazu, a reżyser i autor scenariuszy zarazem porywa się z motyką na słońce. Osobiście porzuciłam te obawy już po inscenizacji Lalki (2010). Kościelniak nie dość, że sprawnie opowiedział fabułę powieści Prusa, pokazał nierówności społeczne i niejednoznaczność Wokulskiego, to umiejętnie nasączył swój spektakl melancholią. Odniósł też wielkie zwycięstwo wystawiając w Gdyni Chłopów Reymonta (2013). Podbił publiczność feerią kolorów, pięknem muzyki, ludowej sztuki (scena z ogromnymi „pająkami”) i obyczaju, nie rezygnując przy tym z dynamiki i dramatyzmu. Chłopska epopeja stała się opowieścią o naszych początkach, które w tym ujęciu miały rozmach i styl, nie powodując kompleksów. Wydarzeniem był też Mistrz i Małgorzata (2013) we wrocławskim Capitolu, nie rezygnujący z refleksyjnych wątków powieści Bułhakowa. Okazało się, że musical może opowiadać o metafizycznych tęsknotach.

Wojciech Kościelniak zrobił z gatunku, który jest jednak wytworem kultury masowej, choć oferowanym w luksusowej formie, jak w Romie – zjawisko kultury wyższej. Podciągnął musical do poziomu literatury, którą przekładał. Podporządkował swoje opowieści wyższym wymogom, wprowadzając ten gatunek w rejony sztuki. Ominął w ten sposób naiwność klasycznego musicalu, która nierzadko powoduje dystans dzisiejszego widza. Potyczkom Kościelniaka, bo nie zawsze były to same sukcesy, towarzyszyło inne zjawisko – bezradność teatru dramatycznego wobec powieści i mitów, które eksploatował, a które na scenach ulegały dekonstrukcji albo przenoszone były na nią mniej udolnie. Tymczasem Kościelniak z sukcesem opowiadał chłopską epopeję czy kultową powieść Bułhakowa, doskonale rozumiał o czym jest Lalka i potrafił to wyrazić. Z talentem wykorzystywał także techniczne możliwości wielkich scen muzycznych, tworząc, jak to określiła kiedyś Dorota Masłowska, „teatr totalny”.

Artysta dawał też dowody, że zna język współczesnej sztuki: wrocławski Frankenstein (2011) zawierał odniesienia do filmów Tima Burtona, gdyński Wiedźmin (2017) jest historią opowiadaną także przez wizualizacje. Blaszany bębenek Günthera Grassa, wystawiony w Capitolu (2018), nawiązujący między innymi do komiksu Maus, okazał się spektaklem pod każdym względem mistrzowskim i wyjątkowym. W ubiegłym sezonie konkurentem Kościelniaka do pierwszeństwa był jedynie Kornel Mundruczó i jego Cząstki kobiety.

Obecnie w stolicy możemy podziwiać trzy spektakle poszukiwacza „trzeciej drogi” – jak sam mówi o sobie – między teatrem dramatycznym a musicalem. To Śpiewak jazzbandu w Teatrze Żydowskim, Przybysz w Collegium Nobilium, prezentującym dyplomy Akademii Teatralnej oraz wystawiony kilka dni temu w Syrenie Kapitan Żbik i żółty saturator. Dwa ostatnie są adaptacjami komiksów. Przybysz jest podwójnym zwycięstwem, bo występują w nim utalentowani studenci nowego kierunku, czyli aktorstwa teatru muzycznego, od których trudno oderwać wzrok. Kościelniak opowiada tam o niepewnym losie emigranta – wszędzie podobnych kłopotach bohatera pretendującego do zakotwiczenia w nowym świecie, żegnającego rodzinne strony, niosącego ze sobą jedynie wspomnienia i walizkę. To stan ducha i posiadania, jaki kojarzymy raczej z teatrem absurdu niż z musicalem. Bohaterzy Przybysza, odziani jakkolwiek, portretowani w zmaganiu z losem, przypominają postaci Becketta, ale takie, które wyrażają siebie ciałem i głosem. Kościelniak penetruje nowe rejony doświadczenia i sztuki. Warto mu towarzyszyć.

Ilość odsłon archiwalnych: 100