Rafał Węgrzyniak / DON KICHOT W DRAMATYCZNYM

Ledwie umilkła długotrwała, a momentami wręcz frenetyczna, owacja publiczności dla Człowieka z La Manczy w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, gdy zadałem raczej retoryczne i nieco prowokacyjne pytanie: „Czy po to przeganiano z tej sceny Metro, aby Tadeusz Słobodzianek wystawiał na niej musicale niczym na West Endzie lub Brodwayu?”.  

Barwne i dynamiczne przedstawienie Człowieka z La Manchy – z wyjątkiem epizodów więziennych, toczących się w ciemności, i szczególnie w prologu wywołujących w widzach rozdrażnienie bądź dezorientację – wzbudza uznanie przede wszystkim dla wokalnej i tanecznej sprawności zespołu aktorskiego Teatru Dramatycznego. W przeciwieństwie do rodzimych teatrów muzycznych, w Dramatycznym rozumie się każde słowo, mówione czy śpiewane na scenie. A trudno przy tym nie zauważyć, że Człowiek z La Manczy z muzyką Mitcha Leigha i librettem Dale’a Wassermana, skądinąd autora adaptacji Lotu nad kukułczym gniazdem Kena Kesey’a, wielokrotnie wystawianej w Polsce począwszy od realizacji Zygmunta Hübnera w Powszechnym, jest już trzecim musicalem w repertuarze Teatru Dramatycznego pod dyrekcją Słobodzianka.

Ale Człowiek z La Manchy powraca jedynie na scenę Dramatycznego po dwudziestu sześciu latach nieobecności, gdyż był na niej prezentowany, w reżyserii Jerzego Gruzy, od 8 stycznia 1994. Potrójną rolę uwięzionego pisarza Miguela de Cervantesa, szlachcica Alonsa Kichana i błędnego rycerza Don Kichota – graną teraz sugestywnie przez Modesta Rucińskiego – odtwarzał wtedy Krzysztof Gosztyła. W Służącego i Sancho Pansę, w którego przeobraża się z właściwym mu temperamentem Krzysztof Szczepaniak, wcielał się zaś wówczas Antoni Ostrouch. Wystawienie Człowieka z La Manchy było zapewne, w roku 1994, próbą przejęcia przynajmniej części publiczności, która oglądała w Dramatycznym Metro, jako niby pierwszy polski musical, ale omijała przedstawienia sztuk klasycznych lub współczesnych, grane na tej samej scenie. Wielu tradycjonalistów postrzegało jednak takie działanie jako kapitulację wobec ekspansji kultury masowej, zwłaszcza amerykańskiej, po upadku komunizmu, i sprzeniewierzenie się charakterowi Teatru Dramatycznego, nadanemu mu przez Ludwika Renè czy Jerzego Jarockiego.

Był jednak precedens za dyrekcji Gustawa Holoubka, gdy Słobodzianek, uprawiający jeszcze krytykę, uznawał Dramatyczny za najlepszy teatr w Polsce, obok Starego w Krakowie. Otóż w jego repertuarze znajdował się, dopełniony piosenkami i tańcami, Kubuś Fatalista i jego Pan Denisa Diderota, w adaptacji i reżyserii Witolda Zatorskiego, grany przy pełnej widowni przez szereg sezonów od listopada 1976. A inscenizację Kubusia Zatorski przeniósł z Teatru Nowego w Łodzi, gdzie prostą dekorację zaprojektował, mieszkający tam jeszcze, Jerzy Grzegorzewski. W lutym 1989, w osiem lat po przedwczesnej śmierci Zatorskiego w wypadku samochodowym, Kubuś Fatalista wznowiony został przez Zbigniewa Zapasiewicza, grającego niegdyś tytułową postać, żeby przyciągnąć z powrotem do Dramatycznego – po zapaści wywołanej odwołaniem Holoubka ze stanowiska dyrektora w okresie stanu wojennego – wspominającą go publiczność.

Ale Zatorski w marcu 1979 wystawił dla odmiany w Teatrze Dramatycznym spektakl grany, jak pamiętam, dość krótko i raczej przed pustawą widownią, bo oparty na powieści Cervantesa połączonej z Krzesłami Eugene’a Ionesco: Pan Lemercier gra Don Kichota w swojej księgarni przy Placu Des Voges w Paryżu. Tytułową postać, będącą niejako Starym ze sztuki Ionesco, identyfikującym się z Don Kichotem, w tym zaledwie dwuosobowym przedstawieniu odtwarzał Marek Walczewski, dając portret szaleństwa. Jego sceniczna żona była zarazem Starą i Dulcyneą. A epizody z powieści Cervantesa odgrywali oni oboje na tle regałów z książkami, przy pomocy lalek zaprojektowanych przez Kazimierza Wiśniaka.W młodości przeczytałem – dzięki sporej dozie samozaparcia – powieść Cervantesa, lecz nie stała się dla mnie szczególnie istotną lekturą. Chociaż nie ulega wątpliwości, że słusznie należy do kanonu europejskiej, bądź światowej, literatury i odegrała fundamentalną rolę w jej historii. Dwaj moi ulubieni dwudziestowieczni powieściopisarze, Vladimir Nabokov i Milan Kundera, również oddali hołd Cervantesowi jako autorowi Don Kichota. Nabokov w 1952, na jednej z amerykańskich uczelni wygłosił, niedawno wydane po polsku, Wykłady o Don Kichocie, wydobywając okrucieństwo z jakim ta postać jest traktowana przez otoczenie. Z kolei Kundera w swej eseistyce, zwłaszcza w Zasłonie, opublikowanej w Polsce w roku 2006, przekonuje, że Cervantes w pierwszej nowożytnej powieści ukazał życie „biednego Alonsa Quijady”, jako nieuchronną klęskę. Można się zżymać, że Człowiek z La Manczy to Cervantes dostosowany do gustu i poziomu intelektualnego masowej widowni. Ale pojawia się w nim zarówno motyw brutalności ludzkich zachowań, jak i porażki wszelkich zamierzeń czy misji w obliczu śmierci. Dlatego owa musicalowa przeróbka Przemyślnego szlachcica Don Kichote z Manczy jest mimo wszystko przejawem ciągłości i żywotności kultury, a nawet tradycji Teatru Dramatycznego w Warszawie.  

Ilość archiwalnych odsłon: 144