
Kiedy schodzimy do znajdującej się w podziemiach tarnowskiego teatru sceny Underground, Karla (Kinga Piąty) i Helver (Stefan Krzysztofiak) siedzą już po dwóch stronach kuchennego stolika zapatrzeni w siebie łagodnie i czule. Ten milczący prolog trwa bardzo długo. Po znajdujących się za dekoracjami stopniach schodzą kolejni widzowie, inni w tym czasie wciskają się pomiędzy rzędy gęsto ustawionych krzeseł. Teatralna piwnica coraz to bardziej napełnia się ludźmi, a aktorzy milcząc wciąż patrzą sobie w oczy. Zanim spektakl się rozpocznie, będziemy mieli okazję dokładnie obejrzeć scenografię (proj. Kamila Grzybowska-Sosnowska) przedstawiającą wnętrze kuchni w niewielkim i niezamożnym mieszkaniu. W głębi stoi pomalowany na biało kredens, po prawej widać zlew i niewielką elektryczną kuchenkę, na której w emaliowanym garnku grzeje się zupa. Ściany pomieszczenia zarysowane są za pomocą drewnianego szkieletu. Z lewej zapewne znajduje się przejście do pokoju, z prawej wyjście z mieszkania. Aktorzy milczą, ale przez szmery sadowiącej się widowni słyszymy przenikającą muzykę. Z ustawionego na kredensie radia sączy się Tiomnaja nocz w wykonaniu Marka Bernesa. Widzowie ulegają nastrojowi i robi się coraz ciszej. Dostrzegamy, że meble są nieco okopcone, w podłodze brakuje desek, w oknie sterczy resztka wybitej szyby, a ściany i drzwi noszą ślady wypalenia. A zatem już na początku możemy się domyślać, jak skończy się ta historia.
Wreszcie publiczność całkowicie zamilknie. Helver włoży na głowę czarny beret, a Karla pożegna go niczym czuła matka. Zmieni się światło, a wraz z nim zniknie melodia. Teraz Karla jest sama w kuchni, a skomponowana przez Helenę Matuszewską muzyka wprowadza atmosferę niepokoju. Na twarzy aktorki czułość miesza się z lękiem. Sala jest kameralna, a włosy aktorki elegancko spięte, toteż bez trudu dostrzegamy każde drgnięcie mięśni na jej twarzy. Aktorka ma wyraziste kości policzkowe, na których dobrze układa się światło. W aktorskiej grze potrafi umiejętnie wykorzystać powściągliwość. Przez cały spektakl tworzona przez nią postać wydaje się niezwykle prawdziwa.
Krzysztofiak z kolei jest doskonale dobrany do roli Helvera. Ma drobną posturę, a do tego regularne i subtelne rysy twarzy. Jest niezwykle młodzieńczy, ale potrafi emanować męskością. Niekiedy w jego spojrzeniu da się dostrzec nieomal perwersyjną siłę. W sekwencjach, w których oszałamia go euforia i urzeczenie przynależnością do paramilitarnej bojówki, rysy jego twarzy ulegają silnemu ściągnięciu. Malejące źrenice w przymkniętych oczach wyrażają jakieś mimowolne okrucieństwo, a zwężony nos kojarzy się z ptasią drapieżnością. Z kolei, kiedy wycisza się i pogrąża w chorobliwym lęku, jego twarz się rozluźnia, a szerzej otwarte oczy zaczynają bezradnie błądzić w przestrzeni, tak jak gdyby nie dostrzegał partnerki.
Aktorom bez problemu przychodzi odmalowanie zawiłych relacji łączących postaci. Kiedy niedorozwinięty umysłowo Helver będzie z podnieceniem relacjonował udział w wojskowych ćwiczeniach, w spojrzeniu kobiety czułość połączy się z pobłażliwością. Ale gdy spróbuje ją wciągnąć do zabawy w musztrę, dostrzeżemy w jej zachowaniu niepokój. W innej scenie, gdy przekonana będzie, że Helver wyrzucił święte dla niej pamiątki, opanują ją najgorsze uczucia, których po chwili już będzie żałować.
W przedstawieniu wyreżyserowanym przez Baranowską precyzyjnie łączy się element psychodramy z metateatralnością. Helverowi co i raz przychodzi odgrywać jakieś zdarzenia, które odbyły się poza sceną. Pomocne w tych metainscenizacjach będą przedmioty (reżyserka sprawnie wykorzystała formy właściwe dla teatru lalkowego) czy charakteryzacja. Kiedy Helver będzie udawać przepytującego go psychiatrę, pobieli sobie mąką twarz i włosy. Ale przerażenia nie da się przecież oswoić. Od wyników czekającej go rozmowy zależy jego życie. Akcja rozgrywa się w czasach hitlerowskiego terroru. Zdradzenie się ze stopniem upośledzenia równe jest eksterminacji.
Czas, w którym mimikra może zapewnić przetrwanie, niebawem jednak się skończy. Kiedy hitlerowcy rozpoczną wyłapywanie niepełnosprawnych, Helverowi nie pomogą ani insygnia paramilitarnej organizacji, ani rozpaczliwe starania Karli próbującej odesłać go do złudnie bezpiecznego miejsca.
Kodę spektaklu stanowić musi śmierć. Zapowiada ją opowiadanie Karli o jej upośledzonej córeczce, którą zgładzono w „opiekuńczym” zakładzie. Zwiastują ją działania aktorki ukazujące przygotowania do samobójstwa. Wreszcie kiedy po nieudanej próbie ucieczki powróci zmasakrowany Helver, mamy świadomość, że niedługo dopadną go oprawcy. Karla, chcąc uspokoić przerażonego chłopca, namawia go do ułożenia z tabletek sielskiego obrazka, a następnie do połykania kolejnych pigułek. W zdegenerowanym męskim świecie ta, która powołana jest do dawania życia, musi je w najłagodniejszy sposób odebrać. Inaczej jednak niż w tekście sztuki, tabletki nie są kolorowe, lecz białe, niczym flaga wywieszana na znak kapitulacji. A i ułożony z nich obrazek nie jest pejzażem, ale ukazuje wymalowane na ziemi kontury po zabitym człowieku.
Kolejny raz powraca Tiomnaja nocz w tym samym wykonaniu, co na początku i w środku przedstawienia, kiedy Helver, włączywszy radio, uruchomił wspomnienia Karli o jej przeszłym, utraconym życiu. Pod względem historycznym wykorzystanie tej pieśni to oczywiście anachronizm. Ułożono ją w 1943 do filmu Leonida Łukowa Dwaj żołnierze (Dwa bojca). Wprowadzenie przez reżyserkę tego ahistorycznego motywu przynajmniej z dwóch powodów jest jednak uzasadnione. Po pierwsze ze względu na tekst pieśni, w którym miłość małżeńska i rodzicielska staje się nadzieją na ocalenie wśród ciemnej, wojennej nocy. Po drugie ze względu na inscenizatorską sugestię, że ukazana w spektaklu historia mogłaby wydarzyć się także gdzieś indziej. Wszędzie tam, gdzie triumfuje ideologiczne zaślepienie i pogarda wobec innych. Czy to przypadek, że szturmowa chorągiewka Helvera jest cała w czerwonym kolorze, ale bez swastyki pośrodku?
Zanim przyjdzie śmierć, aktorzy siadają obok siebie jak Maryja z Dzieciątkiem na świętym obrazku przymocowanym do kredensowej szybki. A potem na znak, że już są po drugiej stronie, przechodzą przez przestrzeń pokoju na widownię, gdzie zajmują miejsca na wolnych krzesłach. Razem z nami patrzą na scenę. Czerwonooranżowe reflektory świecą nam w oczy coraz to silniejszym światłem podobnym do trawiącego domostwo ognia. Kiedy nieprzyjemna jasność oślepi nas całkiem, nastąpi podmuch, jakby powietrze gwałtownie wdarło się przez wybitą szybę. Dwie stojące na stoliku świeczki zgasną. Ciemna jest noc…
Ingmar Villqist, Noc Helvera, reż. Agnieszka Baranowska, scen. Kamila Grzybowska-Sosnowska, muz. Helena Matuszewska, występują: Kinga Piąty i Stefan Krzysztofiak, Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie, prem. 23 XI 2019.
Ilość wpisów archiwalnych: 206