Patryk Kencki / ŁÓDZKA VOLKSBÜHNE

Michał Siegoczyński przygotował w Teatrze Powszechnym w Łodzi przedstawienie Najpierw kochaj, potem strzelaj. Tytuł nawiązuje do filmu Martina McDonagha Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj, ale łódzki spektakl opiera się na autorskim scenariuszu, ułożonym przez Siegoczyńskiego w wyniku inspiracji najróżniejszymi motywami zaczerpniętymi z kultury popularnej.  

Praktykując aktorstwo, inscenizację i pisanie dla sceny, reżyser bez wątpienia wyrobił sobie zmysł teatralny. Ma na swoim koncie sukcesy. Ma inwencję, wyczucie rytmu, umiejętność odwracania uwagi od słabych stron przedstawienia. Twórcy Najpierw kochaj, potem strzelaj trudno więc byłoby odmówić sprawności czy też rutyny. Problemem jest raczej banalność stworzonego przezeń spektaklu. Jakkolwiek przedstawienie to może zadowolić widzów spragnionych nietrudnej rozrywki, albo czułych na popkulturowy pastisz, z pewnością rozczaruje tych, którzy od teatru oczekują czegoś bardziej ambitnego.  

Scenariusz spektaklu to plątanina wątków, wśród których przewijają się przypadki agentów zmagających się z terrorystami, opowieść o bogaczu i dobrej wróżce czy historia dwojga wampirów (w gruncie rzeczy jest to wątek najciekawszy i najlepiej skonstruowany). Akcja co i raz przenosi się w inne miejsce oraz w inne czasy. Narracja poszatkowana jest na krótkie sceny. Dzięki temu zabiegowi możemy ulec złudzeniu, że fabuła jest znacznie żywsza, a może i nieco ciekawsza. Przyjęta przez Siegoczyńskiego technika ukrywa bowiem dramatyczne mielizny i miałkość poszczególnych konceptów.  

Scena jest bardzo gęsto zastawiona dekoracjami (proj. Katarzyna Sankowska). Widzimy więc pośrodku coś w rodzaju wielofunkcyjnych kabin, z lewej kawiarniane wnętrze, z prawej rząd pralek, a w głębi sceny fototapetę z zimowym krajobrazem. Scenograficzną (i inscenizacyjną) dominantę stanowi duży ekran, na którym oglądamy obraz transmitowany z kamery. Aktorskie działania częstokroć rozgrywają się za dekoracjami, albo w takich ustawieniach, w których trudno dojrzeć wykonawców. W wielu sekwencjach ich mimikę możemy oglądać jedynie w formie wyświetlanych na ekranie projekcji. Z tego względu ciężko tu w ogóle mówić o budowaniu roli czy o scenicznej obecności. Od działań aktorskich ważniejsza zdaje się praca operatora (Giovanni Cimarosti).  

Technologia zasłania artystów. Pozbawia ich podmiotowości. Szkoda, bo nie wątpię, że grający w przedstawieniu cztery aktorki (Diana Krupa, Karolina Łukaszewicz, Paulina Nadel i Beata Ziejka) oraz trzech wykonawców (Filip Jacak, Jakub Kotyński i Artur Majewski) mogliby pełniej zaistnieć na scenie, gdyby reżyser zdecydował się na inną poetykę. Widać to w sekwencjach, w których – uwolnieni od pośrednictwa kamery – mogą nawiązać energetyczny kontakt z widownią.  

Rozbudowane dekoracje nadają spektaklowi wizualnej atrakcyjności. Reżyser dobrze bowiem czuje, że to właśnie widowiskowość może oczarować widzów. Wykorzystuje w spektaklu zmiany kostiumów, przebiera aktorów za zwierzęta, wprowadza plan lalkowy, krzyżując go w dodatku z filmowym. To właśnie jako lalka pojawi się Bad Boy, odgrywający w przedstawieniu rolę spiritus movens, plączący akcję i relacje pomiędzy postaciami.  

Spektakl mieni się barwami, a realizatorzy nie boją się sięgać po efekty specjalne. Wykorzystany jest i stroboskop, i przyjemna dla oka projekcja plam świetlnych. Wykonawcy pojawiają się niekiedy w miejscach niespodziewanych. W jednej ze scen światło wydobywa aktorkę siedzącą nad sceną. W innej – artystka i jej sceniczny partner wyłonią się z… pralek.

Stylistyczny eklektyzm ma w sobie jednak coś męczącego. Niektóre fragmenty tekstu czy całe sceny (jak na przykład ta z lekarką operującą pacjenta za pomocą wiertarki) kojarzą się z niezbyt zabawnym kabaretem. Inne znowuż (jak sekwencja rozgrywająca się w epoce hipisowskiej bądź ta ukazująca ekologiczny protest) wydają się oparte na nieznośnej wprost sztampie.  

Jeżeli chodzi o interpretację spektaklu, to klucz do niej zawarty jest już w samym tytule. Jakkolwiek pojawiające się na scenie postaci nieustannie zmagają się z przeciwnościami losu, to wierzą, że warto dążyć do najcenniejszej wartości, jaką jest miłość. Z tezą reżysera trudno się nie zgodzić, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że przekazane nam przesłanie jest równie ckliwe, co oczywiste.  

Tak to już jednak bywa w teatrze mieszczańskim, że widza trochę się zabawia, trochę wzrusza, aby na koniec podzielić się z nim niezbyt skomplikowanym przesłaniem. Dzięki temu, opuszczając teatr, będzie mógł cieszyć się poczuciem miło spędzonego wieczoru.  

Ja jednak, wychodząc z teatralnego gmachu, myślałem o czymś zupełnie innym. Przypomniało mi się bowiem, jak w 2002 Hans Castorf pokazał w Polsce Skrzywdzonych i poniżonych, których według Dostojewskiego zrealizował w berlińskiej Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz. Na obrotowej scenie Teatru Polskiego w Warszawie ustawiono przeszklony pawilon, w którym rozgrywała się znaczna część akcji. Dzięki odpowiednio zamieszczonemu ekranowi można było za pośrednictwem kamery pokazywać różnorakie ujęcia wnętrza, dialogujących w nim aktorów czy wreszcie zbliżenia ich twarzy. Podobne rozwiązania szybko zaczęły być naśladowane w polskich teatrach. Wreszcie dotarły i na scenę o charakterze popularnym. Nic dziwnego. Tu jeszcze są odbiorcy, których można tym wszystkim zadziwić.    

Najpierw kochaj, potem strzelaj, scenariusz i reżyseria: Michał Siegoczyński; scenografia i kostiumy: Katarzyna Sankowska; muzyka: Kamil Pater; choreografia: Alisa Makarenko; wideo: Yelizaveta Pysmak; konsultacja dramaturgiczna: Tomasz Ogonowski; operator kamery: Giovanni Cimarosti; obsada: Diana Krupa, Karolina Łukaszewicz, Paulina Nadel, Beata Ziejka, Filip Jacak, Jakub Kotyński, Artur Majewski; Teatr Powszechny w Łodzi, prem. 25 stycznia 2020.  

Ilość odsłon archiwalnych: 71