
Woyzeck Georga Büchnera, w reżyserii Piotra Cieplaka, jest niepokojącą baśnią, podwórkową, szemraną balladą o Apokalipsie, której wersety wyśpiewuje ukryty w głębi sceny Dziad (Mariusz Benoit), przy akompaniamencie akordeonu. To opowieść o końcu świata, zmierzchu wartości. Innego końca świata nie będzie – zdają się mówić twórcy spektaklu. To opowieść o wątpliwościach, o sytuacjach, w których pragniemy zbawienia, a nie umiemy się modlić – jak Maria (Zuzanna Saporznikow), „upadła” narzeczona Woyzecka (Cezary Kosiński).
Od początku przedstawienia reżyser demonstruje teatralną kuchnię – jesteśmy na próbie. Kulminacyjna scena pocałunku i zabójstwa Marii jest multiplikowana, powtarzana, a początek spektaklu przypomina realizację słuchowiska, w którym aktorzy próbują „bardziej kolokwialnie” ugryźć romantyczny dramat. Ćwiczą m.in. kwestie: „Chrząszcze bzykają jak pęknięte dzwony”, powtarzają słowa o „pięknym mordzie”. Spektakl zaczyna się jak zrealizowany niegdyś przez Cieplaka w całości w konwencji słuchowiska Fantazy. To, że twórcy przedstawienia nie pozwalają nam zapomnieć, że jesteśmy w teatrze, że to jednak umowna i poetycka wizja świata, jest jedynym promykiem nadziei, w tym bardzo ponurym spektaklu. Choć reżyser podkreśla, że nie chodziło mu o wystartowanie „w konkursie na najsmutniejsze przedstawienie sezonu”, to jego wizja jest jednak bardzo pesymistyczna. Opowieść o zwyczajnym żołnierzu – fryzjerze, który jest trybikiem w wojskowej machinie, i na którym bezduszny Doktor (Paweł Paprocki) przeprowadza okrutne eksperymenty, patrząc na jego cierpienie i upadek okiem już nawet nie badacza – a cyborga i zbrodniarza w białych rękawiczkach – nie kojarzy się z dramatem romantycznym, a język płynący ze sceny jest jeszcze bardziej wulgarny niż w oryginale. Twórcy jednak wydają się być wierni duchowi tekstu Büchnera. Tekstu, który, przypomnijmy, nie został ukończony (jedynie przez edytorów), i w którym kolejność scen nie jest pewna. Nastrój zezwierzęcenia, polowania, upadku człowieczeństwa jest w tej historii tak dojmujący, że zestawiona z nią również mroczna, złowróżbna baśń Andersena o ślimakach odizolowanych od świata w łopianowej krainie, które marzą o końcu swego ślimaczego żywota na srebrnych półmiskach, opowiadana ciepłym, magicznym głosem przez Sławomirę Łozińską (Babcię), wydaje się niemal pogodna. To właśnie Babcia, przygarniająca w końcu dziecko Marii i Woyzecka, staje się ostatecznie narratorem obu dziwnych, wieloznacznych, niedopowiedzianych historii – Szczęśliwej rodziny Andersena (co jest pomysłem twórców) i swoistej „kroniki kryminalnej” Büchnera, z małego, pruskiego miasteczka.
Niezmiernie ważna, jak zwykle w przedstawieniach Cieplaka (np. Nieskończonej historii), jest tu warstwa muzyczna, dźwiękowa – ta polifonia, która jest wielkim atutem spektaklu. Sceny zbiorowe to niemal zawsze sceny z chórem – żołnierze śpiewają myśliwskie i koszarowe pieśni przechodzące w zwierzęce odgłosy (w pewnym momencie nad głowami żołnierzy pojawiają się świecące poroża), a szalona, rozśpiewana i roztańczona cyrkowa trupa – tu jakby rodem z upadającego rzymskiego imperium – zwiastuje zmierzch sztuki. Ponadto Maria śpiewa smutne quasi kołysanki swemu nieślubnemu dziecku, w których jest silny dysonans między tekstem (np. „Żołnierze to chłopcy na schwał)”, a molową melodią. Żołnierze ćwiczą, demonstrując swoją męskość, siłę i sprawność.
Woyzeck w wykonaniu Cezarego Kosińskiego nie pasuje do przepełnionego testosteronem otoczenia, jest osamotniony, nikt nie rozumie jego niepokojów i katastroficznych wizji – nawet jego przyjaciel i powiernik Andrzej (Bartłomiej Bobrowski). Franek, jak nazywa go Maria, jest szarym człowiekiem, kozłem ofiarnym, nad którym znęca się Doktor, Tamburmajor (Oskar Hamerski), i cierpiący na apopleksję kapitan (Jerzy Radziwiłłowicz). Woyzeck „za dużo myśli”, ratuje kota, rzuconego z wysokości przez Doktora, wciąż „bębnią na apel”, a on widzi „dym od ziemi jakoby z pieca”. Kapitan, siedząc na wózku inwalidzkim, przypominającym również fotel fryzjerski lub dentystyczny, w półśnie, chorobie, niemocy, z trudnościami z mówieniem, strzela do ptaków w pauzach swoich monologów o moralności. „Zaczynam się na dobre bać o świat, kiedy pomyślę o wieczności” – mówi, po czym huk wystrzału przecina powietrze. Przypomina trochę Marlona Brando z Czasu Apokalipsy. Wydaje się wrogiem wszelkiego życia, za życia martwy. Dla Kapitana liczy się tylko musztra, posłuszeństwo. Franciszek Woyzeck na wszystko odpowiada ze spokojem: „Tak jest, panie kapitanie”. Wbrew temu, co o nim mówią, nie sprawia wrażenia, że spieszy się gdziekolwiek. Jest w nim pozorny spokój. Jednak mimo intuicji, co jest naprawdę dobre, a co złe, której brakuje innym postaciom, wypowiadającym się o moralności czy człowieczeństwie, mimo ogromnej wrażliwości, Woyzeck wydaje się wewnątrz wypalony, martwy. Mógłby być nie tylko żołnierzem, ale także aktorem czy urzędnikiem, przynoszącym do domu skrupulatnie każdy grosz, dopóki nie porwie go prawdziwy gniew, zazdrość, a dotychczasowe życie stanie się nie do zniesienia. Ludzie, którzy go otaczają, są uzależnieni od zabijania i przemocy. Woyzeck – ewangeliczny grzesznik, „dobry człowiek”, ale także pogardzany, wyszydzany, wyobcowany, manipulowany – zaraża się złem. Jednocześnie symbolika militarna i myśliwska – wojskowe buciory, broń, nóż, poroża – odgrywają w spektaklu, będącym ostrzeżeniem przed tym, dokąd zmierza ludzkość uważająca się za Boga – istotną rolę.
Scenografia jest surowa, składa się z przesuwanych przez postaci zastawek, a zarazem zniszczonych ścian, popękanych luster. Woyzeck to luźno powiązane ze sobą, „postdramatyczne” sceny, aktorzy wygłaszają właściwie głównie monologi, co odzwierciedla także fragmentaryczność nieukończonego tekstu. Büchner umarł na tyfus, jednak generalnie był raczej słabego zdrowia, a jego życie pełne nadludzkiego niemal wysiłku. Jego ostatni dramat jest nie bez powodu tak silnie przesiąknięty świadomością końca, namacalnością śmierci.
Maria w wykonaniu Zuzanny Saporznikow ma w sobie wiele niewinności, choć fascynuje ją zło i prymitywna siła reprezentowana przez Tamburmajora. To ona jest bohaterką tragiczną, to ona jest kobietą z Ewangelii, w którą za chwilę będą rzucać kamieniami. Choć jej zdrada Woyzecka z Tamburmajorem bardziej przypomina gwałt, a Maria ma wyrzuty sumienia, to jednak w jej uszach błyszczą przecież złote kolczyki (prezent od Tamburmajora), a włosy (tak ważne w dramacie) – rozpuściła prowokacyjne. Próbuje się modlić. Niemal nie rozstaje się z wózkiem, w którym usypia dziecko. Idzie z Woyzeckiem w odludne miejsce, gdzie czeka ją śmierć z rąk ukochanego.
A ślimaki z baśni o nas samych? Żyją szczęśliwie i rozmnażają się, myśląc że ludzkość wyginęła…
Woyzeck Georga Büchnera, na podstawie przekładu Jerzego Lieberta, Teatr Narodowy w Warszawie reżyseria: Piotr Cieplak, scenografia: Andrzej Witkowski, muzyka: Jan Duszyński, Paweł Czepułkowski, Jakub Gawlik, premiera: 15 lutego 2020.
Ilość archiwalnych odsłon: 136