
W pewnym państwie ostatni spiskowiec, w pasiaku, z kulą u nogi, archetyp więźnia, przeżywa przełom wewnętrzny i postanawia – po 10 latach przesłuchań i stawiania oporu – podpisać akt wiernopoddańczy (w tej roli Rafał Rutkowski). „Arcypolicja” wpada w panikę i nie wie, co z tym zrobić.
Tak zaczyna się debiutancka, napisana w 1958 roku, sztuka Sławomira Mrożka. Identyczny jest początek przedstawienia Andrzeja Saramanowicza w Teatrze Polonia. Pierwsza część spektaklu to wierna realizacja sztuki Mrożka. To kolejne spotkanie z Mrożkiem aktorów Teatru Montownia, którzy przed laty jako zespół debiutowali na scenie w Zabawie. A zarazem jest to ich drugie spotkanie z dramaturgią Saramanowicza, w którego Testosteronie grali dziesięć lat temu.
W centrum sceny znajduje się upiorny portret Infanta i jego wuja Regenta, przed którym wszyscy oficjalnie salutują i stają na baczność, po kryjomu – lub w ramach rzekomej prowokacji – pokazując podobiźnie przywódców arcyprawomyślnego państwa język i strojąc miny. Aktorzy chętnie ogrywają ten jakże irytujący portret, symbol tyranii. Staje się on pretekstem do komediowo-demoniczno- groteskowych popisów aktorów Montowni, którzy malują swoje postaci – prześcigające się w byciu „arcypolicyjnym” i „arcynarodowym” – grubą kreską. Policjanci w ich wykonaniu to przerysowani służbiści, dla których jedynym wyrazem indywidualnej wolności są rzekomo celowe prowokacje więźniów, a właściwie więźnia, do zwierzeń lub przechodniów w akcjach. Dlatego takie akcje wykonują niezmiernie gorliwie także w wolnym czasie.
Równie ważnymi rekwizytami w pierwszej części spektaklu okazują się czapki policyjne, kule z łańcuchami i oczywiście policyjne mundury. Z mundurem sierżant nie rozstaje się nawet w domu, ma być on drugą skórą policji. W domu sierżanta (Adam Krawczuk) czeka na jego powroty z prowokacji politycznych ponętna żona (Katarzyna Kwiatkowska, wyróżniająca się w męskim gronie aktorów), z którą poznał się w wyniku wzajemnych donosów. W końcu role się odwracają. Więzień zostaje adiutantem, a sierżant najpierw więźniem- tajnym policjantem, a wreszcie rasowym opozycjonistą. Wszyscy się nawzajem aresztują, absurd goni absurd. Niestety, nic w tej inscenizacji nie zaskakuje, brakuje w niej świeżości. Policja – mimo dodanych przez twórców aluzji do aktualnej sytuacji politycznej – wycinania lasów, mody na terytorialsów czy bycia „arcynarodowym” – jest zbyt mocno osadzona w kontekście w jakim została napisana, czyli odwilży po czasach stalinowskich, więc nie daje się tak łatwo przełożyć na dzisiejszą rzeczywistość. Zaproponowane odczytanie wydaje się zbyt powierzchowne.
Druga część spektaklu to jednoaktówka Saramanowicza Noc zatracenia. Jesteśmy w tym samym państwie po latach, a postacie z portretu, nieobecne fizycznie na scenie w sztuce Mrożka, a jednocześnie w jej centrum – ożywają (choć może nie do końca) pod piórem autora Testosteronu. Infant jest już mocno podstarzały. Obserwujemy jego dwór, Kucharkę i Kapciowego (dziś Premiera), mówiących dziwną mieszanką gwary i staropolszczyzny, wzbudzając gromki śmiech widzów. Ta komiczna para, współczesna wersja obowiązkowej pary służących w komedii dell’arte czy operze, chodzi na paluszkach, by nie zbudzić tyrana, wygłaszającego nieznośne monologi i nieznoszącego sprzeciwu, otoczonego staromodnymi przedmiotami. Nie udaje się to jednak, ponieważ w państwie wszczęty zostaje alarm – jego instytucje, w tym pieczołowicie budowany arcypałac, oraz ważne persony, zaczynają znikać, dematerializować się (Ojciec-dyrektor zmienia się w zieloną galaretkę), a władzę przejmują… umarli, powstający z grobów i cokołów. Wychodzi na jaw tajemnica dworu – Regent dawno nie żyje, jest pieczołowicie pastowany (balsamowany), jednak Infant ukrywa to, aby zasłaniać się nim przy podejmowaniu decyzji politycznych. Hałasy i telefony budzą Infanta, który naskakuje na swoich podwładnych w szlafroku z lampasami i zastanawia się, co począć. Z więzienia wychodzi opozycjonista, dawny przyjaciel Infanta, niczym duch z Wesela.
Porozumienie nie jest jednak możliwe. W Nocy zatracenia pobrzmiewają echa Wesela, Wyzwolenia i Tanga. Autor czerpie pełnymi garściami także z pop-kultury. Grzechy władzy to stawianie pomników i czczenie umarłych jakoby kosztem żyjących, tchórzostwo, hipokryzja (minister zdrowia biega na papierosa), klerykalizm, etc. Wydaje się to zbyt publicystyczne, naskórkowe, nachalne, by mogło być ponadczasowe, w dodatku mało śmieszne. Zderzenie tekstu Saramanowicza z dramaturgicznym debiutem Mrożka okazało się ryzykowne. Co ciekawe, mniej więcej w tym samym czasie, przed „wypijaniem krwi” żyjącym przez przodków ostrzegają nas w Ateneum realizatorzy Dworu nad Narwią Jarosława Marka Rymkiewicza.
Sławomir Mrożek Policja; Andrzej Saramanowicz Noc zatracenia, reżyseria: Andrzej Saramanowicz, scenografia: Zuzanna Markiewicz, muzyka: Dominik Strycharski, Teatr Polonia w Warszawie, premiera 17 stycznia 2020.
Ilość archiwalnych odsłon: 86