Rafał Węgrzyniak / REWOLUCJA NIHILISTÓW

Biesy wg F. Dostojewskiego, mat. Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy, fot. Krzysztof Bieliński

Janusz Opryński, z lubelskiego Teatru Provisorium, odkąd w 2011 roku wystawił na karuzeli Braci Karamazow, w przekładzie i interpretacji filozofa Cezarego Wodzińskiego, uchodzi w polskim teatrze za znawcę twórczości Fiodora Dostojewskiego. W 2017 w Bielsku-Białej wyreżyserował Św. Idiotę już tytułem nawiązującego do powieści Dostojewskiego, i zarazem do traktatu filozoficznego Wodzińskiego, zmarłego rok wcześniej. W minionym roku w Teatrze Polskim w Warszawie wystawił Opryński adaptację W oczach Zachodu Josepha Conrada, który w swym utworze nawiązał do Biesów, i z nimi toczył spór. Zrealizowana w Warszawie – jako koprodukcja Dramatycznego i Provisorium – inscenizacja Biesów jest więc oczywistą konsekwencją wcześniejszych wyborów repertuarowych Opryńskiego.

Jego ponad dwugodzinne przedstawienie jednak nie ma siły, ekspresji i dynamiki, ani ukrytej w podtekście antybolszewickiej wymowy inscenizacji Andrzeja Wajdy, powstałej w Starym Teatrze w Krakowie w 1971 roku, a obejrzanej przeze mnie w kilka lat później w stanie bliskim transu. Adaptacja Opryńskiego, oparta na przekładzie Tadeusza Zagórskiego, pomimo opublikowania niedawno tłumaczenia Adama Pomorskiego, nie pozwala w pełni zrozumieć fabuły powieści, gdyż została ona zredukowana do blisko dziesięciu postaci. Natomiast stara się zaprezentować najważniejsze idee Dostojewskiego i bodaj wszystkie istotne kwestie w niej wybrzmiewają.

Spektakl, grany wokół dołu, do którego wrzucane są kolejne trupy, i na tle półokrągłej ściany z szeregiem drzwi, rozkręca się właściwie dopiero w połowie. Jego szczytowym momentem jest zaś, wygłaszany sugestywnie z wnętrza dołu przez Łukasza Lewandowskiego, monolog Piotra Wierchowieńskiego, jako wspomagającego się kokainą lidera rewolucji nihilistycznej, brzmiący niebywale współcześnie niczym program postmarksistowskiej lewicy. A drugą popisową sceną Lewandowskiego jest połączone z pospiesznym spożywaniem kolacji zmuszanie do samobójstwa Kiriłowa granego dla odmiany w zwolnionym rytmie przez Marcina Sztabińskiego. Sławomir Grzymkowski w roli Stawrogina jest zanadto opanowany, co uderza zwłaszcza w jego spowiedzi jako pedofila, wypowiadanej na proscenium, na tle nieco niedorzecznych geometrycznych wizualizacji. Spośród postaci drugoplanowych w pamięci pozostają Adam Ferency, jako brutalny Kapitan Lebiadkin, i Agnieszka Roszkowska w roli jego obłąkanej siostry Marii, poślubionej przez Stawrogina.

Opowieść Dostojewskiego, wydana w roku 1873 w Rosji, mogła się w wielu momentach zaledwie poprawnie zrealizowanego spektaklu wydać przebrzmiała. Lecz na widowni Teatru na Woli podczas premiery zasiadło kilku rodzimych i jak najbardziej współczesnych nihilistów, w tym pozostający w zażyłych stosunkach z reżyserem filozof oraz lider nieistniejącej już partyjki politycznej zawierającej w nazwie jego imię i nazwisko, od pewnego czasu pasjonujący się coraz bardziej teatrem. Dość, że jego traktat, pod znamiennym tytułem Nic-nic, w poprzednim sezonie doczekał się wystawienia w Starym w Krakowie w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego, podobno z pomocą samego autora, oraz został wyróżniony w corocznej ankiecie miesięcznika „Teatr”, przez jednego z dyrektorów Polskiej Agencji Prasowej. Podejrzewam, że gdyby Opryński – na przekór ideologicznym i politycznym przekonaniom – sportretował w Biesach przynajmniej niektórych dzisiejszych nihilistów – choćby jak w przypadku Piotra Wierchowieńskiego – jego przedstawienie raczej nie miałoby letniej temperatury, ale bliższą gorączki.

Biesy wg Fiodora Dostojewskiego, przekład Tadeusz Zagórski, adaptacja i reżyseria Janusz Opryński, scenografia Jerzy Rudzki, kostiumy Katarzyna Stochalska, muzyka Rafał Rozmus, wizualizacje Aleksander Janas. Teatr Provisorium z Lublina i Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena na Woli, premiera 13 grudnia 2019.

Ilość odsłon archiwalnych: 137